Kategoria

Autorytety

w Autorytety, Wywiady

Maksymilian Hanysz

Nauczyciel chemii w milickim Liceum w latach 1964-2006, wspominany przez wiele pokoleń uczniowskich. Oto, co powiedział o sobie i pracy
w I LO w wywiadzie z 2012 r.

Jak to się stało, że trafił Pan właśnie do Milicza i do Zielonego
Liceum?

Myśl zostania pedagogiem, nauczycielem, wykluła się w moim
przypadku w ostatnich klasach szkoły podstawowej. Po jej ukończeniu
w 1954 roku rozpocząłem naukę w Państwowym Liceum Pedagogicznym
im. Jana Amosa Komeńskiego w Lesznie. Maturę zdałem w 1959 roku,
następnie rozpocząłem studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku
na wydziale Matematyczno-Fizyczno-Chemicznym, kierunek chemia.
Po skończeniu przeze mnie trzeciego roku studiów zlikwidowano stypendia
państwowe i wprowadzono stypendia fundowane. Miałem wybór: Milicz
lub Lublin. Zdecydowałem się na Milicz, gdyż miasto to leży blisko mojej
rodzinnej miejscowości.

Po ukończeniu studiów w 1964 roku zostałem zatrudniony w I Liceum
Ogólnokształcącym w Miliczu jako nauczyciel chemii. Pamiętam pierwsze
spotkanie z dyrektorem Witoldem Krzyworączką, człowiekiem pełnym
dobroci i życzliwości dla uczniów i nauczycieli, starannie i wszechstronnie
wykształconym, o ogromnej kulturze osobistej. Odwiedzam często jego
grób, gdyż żyje on w mojej pamięci i sercu.


Czy pamięta Pan swój pierwszy dzień w pracy, pierwszych uczniów
i kolegów – nauczycieli?


Tak, bardzo dobrze pamiętam. Jako że ukończyłem uczelnię przygotowująca studentów do zawodu nauczycielskiego, czułem ciężar odpowiedzialności. W czasie studiów wpajano nam, że nie ma piękniejszego zawodu ponad zawód nauczyciela, który rozumie swoje powołanie. 1 września 1964 roku to pierwszy dzień mojej pracy, dzień pełen niepokoju i obaw. Przedstawiłem się klasom, omówiłem sprawy organizacyjne, przedstawiłem program nauczania, system wymagań oraz sposoby przyswajania materiału. Nazwiska moich pierwszych uczniów to: Adam Aleksandrowicz, Piotr Dębski, Maria Klejewska, Halina Kołodziejska, Jan Kwiecień, Józef Rosowski, Elżbieta Suchorowska, Kazimierz Wiśniewski, Elżbieta Feliszchowska, Bożena Romańczyk, Marian Stryjski, August Chałupa, Janusz Ziajka, Ewa Jańczak, Zofia Musialska, Waldemar Wencek. Nazwiska pierwszych kolegów – nauczycieli: Witold Krzyworączka, Kazimierz Grabarczuk – nauczyciel matematyki, Tadeusz
Pasierb – nauczyciel fizyki, Adam Najsarek – nauczyciel j. polskiego, Zygmunt Klanowski – nauczyciel historii, Bronisława Kubów – nauczycielka biologii, Helena Haas – nauczycielka geografii, Janina Mażewska – nauczycielka historii, Łucja Skibińska – nauczycielka matematyki, Wojciech Światłowicz – nauczyciel j. polskiego, Bonifacy Możdżyński – nauczyciel przysposobienia obronnego, Bronisława Solińska – nauczycielka j. polskiego, Tadeusz Kiełbiński – nauczyciel matematyki, Daniela Erd – nauczycielka historii, Mieczysław Tomaszewski – nauczyciel fizyki, Roman Brzuszek – nauczyciel j. rosyjskiego.


Zawsze był Pan bardzo wymagającym nauczycielem. Wielu
uczniów dzięki Panu dostało się na wymarzone studia, zdobywało
laury w olimpiadach przedmiotowych i są za to Panu bardzo wdzięczni.
Są też i tacy, którym chemia pewnie do dziś śni się po nocach. Czy przez
te wszystkie lata mógł Pan znaleźć grupę uczniów zainteresowanych
przedmiotem, z którymi dało się współpracować? Kogo szczególnie Pan
wspomina?


Tak, rzeczywiście byłem nauczycielem wymagającym, ale przede wszystkim stawiałem sobie wysokie wymagania. Poprzez przystępne przekazywanie wiedzy teoretycznej i praktycznej uczniowie widzieli sens jej zdobywania. Praca odbywała się nie tylko na lekcjach, ale także na zajęciach popołudniowych, takich jak kółko rozwiązywania zadań rachunkowych, koło laboratoryjne, sesje popularnonaukowe. Uczniowie brali także udział w olimpiadach chemicznych. Do moich wybitnych uczniów zaliczam Piotra Raubo, Marcina Staniewskiego, Macieja Fiuka, Małgorzatę Nowostawską. Wielu uczniów dostało się na wybrane przez siebie kierunki studiów. Stu ośmiu moich uczniów ukończyło studia medyczne. Efekt mojej pracy to dobrze zdawane egzaminy maturalne. Miałem bardzo dobry kontakt z młodzieżą, w mojej pamięci jest wielu moich absolwentów. Nie sposób wymienić wszystkich, oto niektórzy z nich: Grażyna Kurzawka – obecnie magister farmacji, Teresa Nęcka – lekarz laryngolog, Jerzy Juchnowski – profesor politologii, Małgorzata Wojtkiewicz – lekarz stomatolog, Zbigniew Ziajka – przedsiębiorca budowy dróg, Andrzej Cierniewski – piosenkarz, Maria Lorenz – magister farmacji, Grażyna Nowak – lekarz pracujący w szpitalu w Miliczu, Sławomir Stojewski – lekarz pracujący w Krotoszynie, Józef Lorenz – magister farmacji, Marek Kiełbiński – doktor medycyny, hematolog,
Dariusz Kałka – doktor medycyny, Maciej Fiuk– lekarz stomatolog, Agnieszka Wydra – lekarz stomatolog, Robert Zimoch – lekarz medycyny, Adam Jaskulski – lekarz rodzinny.


Przez wiele lat w Zielonym Liceum prowadził Pan spółdzielnię
uczniowską „Zaranie”, funkcjonującą przez ostatnie 2 lata pod nazwą
„Grosik”. Czy był to Pana pomysł?


Na prośbę dyrektora Adama Najsarka 1 września 1968 roku podjąłem się
sprawowania opieki nad prowadzeniem spółdzielni uczniowskiej. Wcześniej pracę tę wykonywała pani prof. Łucja Skibińska. Spółdzielnia uczniowska to głównie sklepik, w którym młodzież zaopatrywała się w artykuły szkolne, słodkie bułki, napoje chłodzące oraz herbatę i mleko. W ramach swoich obowiązków organizowałem kursy prowadzenia odpowiednich ksiąg: księga kasowa, sklepowa i księga różnych, by poprawnie prowadzić i rozliczać sklep. W ostatnim dniu każdego miesiąca był przeprowadzany remanent. Zarobione pieniądze, wprawdzie niewielkie, były przeznaczane na dofinansowanie
wycieczek. Prace w spółdzielni uczniowskiej wykonywałem przez 30 lat, do
31 grudnia 1999 r.


Stał się Pan również organizatorem wycieczek i zimowisk,
a klasy, których był Pan wychowawcą, zawsze mogły liczyć na wiele
atrakcji pozalekcyjnych. Jak Pan wspomina te wycieczki i swoich
wychowanków?


W latach 1969–1971 prowadziłem obozy wędrowne po ziemi dolnośląskiej. Zapamiętałem nazwiska takich uczniów jak: Krystyna Dobrzańska,
Krystyna Siekierska, Anna Tecław. W latach 1978–1982 prowadziłem zimowiska w Jeleniej Górze, Karpaczu i Zachełmiu koło Jeleniej Góry. Był to dla młodzieży aktywny wypoczynek: zabawy na śniegu, wycieczki na Chojnik i Śnieżkę, zwiedzanie Sobieszowa, Szklarskiej Poręby, Karpacza, Jeleniej Góry, Przesieki i Podgórzyna. W czasie deszczu odbywały się dyskoteki. Jako wychowawca klas organizowałem wycieczki do Warszawy, w Bieszczady, w Kotlinę Kłodzką, a także do teatrów, filharmonii i opery. Bardzo dobrze pamiętam biwak w Gołuchowie w 1983 r. Moi ówcześni uczniowie to Robert Seifert, Jarosław Oćwieja, Sławomir Strzelecki, Damian Stachowiak i Grzegorz Dorosz. Byli to uczniowie klasy 4c, klasy biologiczno-chemicznej i matematyczno-fizycznej.


Czy nadal utrzymuje Pan kontakty z uczniami i dawnymi kolegami
z pracy?

Utrzymuję stały kontakt z moją byłą uczennicą Teresą Jaworską, obecnie
Chałupa, która zdawała maturę w 1974 roku. Obecnie mieszka z całą rodziną w Australii, ukończyła anglistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Utrzymuję także kontakt z Jerzym Juchnowskim, który zdawał maturę w 1969 roku, obecnie profesorem na Uniwersytecie Wrocławskim, z Robertem Seifertem, który zdawał maturę w 1986 roku, obecnie lekarz urologiem w Ząbkowicach Śl., ze Sławomirem Strzeleckim (matura 1986), obecnie dyrektor I LO w Miliczu, z Józefem Rosowskim (matura 1965), chirurgiem z Milicza, z Markiem Kiełbińskim (matura 1983), obecnie doktorem medycyny, hematologiem, Krzysztofem Kamalskim (matura 1976), który jest cenionym adwokatem we Wrocławiu i Warszawie, z Adamem Jaskulskim (matura 1985), obecnie moim lekarzem rodzinnym, z Robertem Zimochem (matura 1987), obecnie lekarzem w Miliczu. Otrzymuję przez cały czas kartki z różnymi pozdrowieniami, jak np. od Ludmiły Zań (matura 1991): „Profesora nigdy nie zapomnę, gdyż tak mądrych i fajnych ludzi się nie zapomina”. Przemek Tomaszewski (matura 1991) pisze: „Niezapomnianemu profesorowi jeszcze wielu pokoleń naukowców rzeźbionych codzienną praca w gabinecie chemicznym”. Agnieszka
Wasyliszczak i Magda Wydra w 1991 roku – kartka z Taizé: „W ciemności
idziemy, w ciemności, do źródła Twojego życia, tylko pragnienie jest światłem”. Cezary Tajer, kartka z 1994 r.: „Składam podziękowania za kilka lat bardzo dobrze prowadzonych lekcji chemii, za należyte traktowanie uczniów oraz niewątpliwy talent pedagogiczny. Dziewczyny z klasy 4b, kartka z 1997 roku: „Pragniemy życzyć Panu dużo wytrwałości i hartu ducha, potrzebnych do pomyślnego wykonywania licznych obowiązków. Życzymy, by Pan Bóg obdarzał Pana profesora licznymi łaskami i pozwolił jak najdłużej cieszyć się pełnią życia”.

Jak tak pracowity i obowiązkowy człowiek jak Pan zorganizował sobie czas na emeryturze?

Prawdziwe szczęście polega na zapewnieniu go innym. Zatem jestem
człowiekiem prawdziwie szczęśliwym. Będąc na emeryturze, mam również kontakt z moimi dawnymi kolegami z pracy: z Adamem Najsarkiem,
Romanem Brzuszkiem, Tadeuszem Szypą, Tadeuszem Kiełbińskim, Bronisławą Solińską, Sławomirem Strzeleckim. Liceum Ogólnokształcące
w Miliczu było jedynym moim zakładem pracy, w którym przepracowałem
42 lata, do 31 sierpnia 2006 roku. Od czasu do czasu spotykamy się z kolegami, organizujemy sobie wycieczki rowerowe i spacery, podziwiając piękną polską przyrodę. Mam także kontakt z obecną młodzieżą LO.
W moim mieszkaniu od czasu do czasu prowadzę dyskusje z obecnymi uczniami milickich szkół na tematy chemiczno-ekologiczne.

Rozmawiała Magdalena Fortuniak

Źródło: publikacja Moje Zielone Liceum

w Autorytety

Adam Najsarek

Urodzony na Rzeszowszczyźnie, absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, pierwszą pracę podjął w Słupsku jako wykładowca przedmiotów ogólnokształcących w Podoficerskiej Szkole MO. W 1959 r. został zatrudniony w Liceum Ogólnokształcącym w Miliczu jako nauczyciel języka polskiego i propedeutyki filozofii. Funkcję wicedyrektora Zielonego Liceum pełnił w latach 1969-1982.
Był bardzo wymagającym, ale niezwykle lubianym i cenionym nauczycielem.

Od roku 1982 Adam Najsarek pełnił funkcję pełnomocnika kuratorium do spraw budowania i uruchomienia Zbiorczej Szkoły Gminnej. Po ukończeniu budowy został jej dyrektorem i to stanowisko zajmował do roku 1991, w którym przeszedł na emeryturę. Oto, co opowiedział o sobie w wywiadzie z Beatą Iwaszkiewicz-Bugajską w 2012 roku.

Dlaczego będąc młodym nauczycielem, wybrał Pan jako miejsce
pracy Milicz i tutejsze liceum?


O tym, że trafiłem do Milicza, zadecydował przypadek. Moja rodzina po
II wojnie światowej osiedliła się w Strzelcach Opolskich na Górnym Śląsku.
Po skończeniu studiów jako świeżo upieczony magister filologii polskiej
podjąłem pracę nauczyciela w szkole w Słupsku, jednak po śmierci mojego
taty chciałem zamieszkać bliżej mojej mamy. W tamtym czasie nie było
żadnego problemu z pracą w szkolnictwie. Napisałem więc do wrocławskiego kuratorium z pytaniem, gdzie mogę od września 1959 r. objąć etat nauczyciela języka polskiego. I tak trafiłem do Liceum Ogólnokształcącego w Miliczu.

Jako młody nauczyciel traktowałem swoje nowe miejsce pracy jako
jeden z przystanków na mojej drodze zawodowej. Jednak życie jest pełne
niespodzianek. Poznałem tutaj moją miłość, żonę Martę Krajeńską, i to
zadecydowało, że właśnie ziemia milicka stała się moim domem.


Razem z Panem w liceum rozpoczęło też pracę kilku innych młodych
nauczycieli. Jak układała się współpraca z gronem pedagogicznym?

Oprócz mnie pracę w szkole rozpoczęli m.in.: Zygmunt Klanowski,
Tadek Kiełbiński, Antoni Kulesza i Romek Brzuszek. Stanowiliśmy grupę
młodej kadry pedagogicznej i byliśmy pierwszym rocznikiem czteroletnich
jednolitych studiów magisterskich. Muszę przyznać, że nasze spotkanie
z kadrą pedagogiczną było jak zderzenie starego pokolenia z pokoleniem
młodych. Oczywiście nie mam tu na myśli wieku, lecz raczej chodzi mi
o mentalność. Jako młodzi, wykształceni ludzie zupełnie inaczej widzieliśmy sprawy związane z dydaktyką. Zależało nam przede wszystkim na tym, aby uczniowie przyswajali wiedzę poprzez samodzielne myślenie i polemikę z danym tematem. Dlatego pewne „tarcia” obyczajowe czy ideologiczne między tzw. starym pokoleniem a nami były bardzo znaczące.

Był Pan wyjątkowym nauczycielem. Uczniowie z wielkim szacunkiem
wspominają prowadzone przez Pana zajęcia.

Lubiłem zaskakiwać uczniów i cieszyłem się, gdy oni też potrafili zaskoczyć
mnie pozytywnie. Nie działałem rutynowo i schematycznie. Rolę nauczyciela rozumiałem jako kompetentnego przewodnika po meandrach literatury i gramatyki, po świecie wartości i wiedzy. Ceniłem samodzielne poszukiwania i indywidualny rozwój, szanowałem prawa ucznia, wymagałem, ale przede wszystkim wspierałem. Dawałem prawo do pytań, błądzenia, bo to przywilej młodego wieku. Zajęcia prowadziłem metodą aktywizującą, pobudzając w ten sposób młodzież do logicznego i twórczego myślenia. Dbałem o przyjazną atmosferę, ale nie pozwalałem na nieumotywowaną, bezgraniczną swobodę.

Historycznym momentem w tamtym okresie był demontaż krzeseł
w auli szkolnej…

O tak, od czegoś trzeba było zacząć! Chcieliśmy w auli szkolnej
zorganizować wieczorek taneczny. Musi pani wiedzieć, że przeforsowanie
takiego pomysłu nie było wcale łatwe. Jego realizacja wiązała się
z demontażem poniemieckich, przykręconych do podłogi zestawów krzeseł.
Udało się jednak. Krzesła zostały odkręcone i od tego czasu do auli szkolnej
zawitały wieczorki taneczne i studniówki, organizowane wcześniej w salach na terenie miasta. W ten sposób zwiększyły się możliwości wykorzystywania auli.

Przy okazji zrodziła się też kolejna nietypowa inicjatywa, mianowicie w obecnej sali muzycznej, która wtedy służyła jako magazyn, założyliśmy dla uczniów pierwszy szkolny klub, który sami pomalowaliśmy i urządziliśmy.
W klubie pojawił się telewizor, który chyba był jednym z pierwszych na
terenie Milicza. Ponadto uczniowie mieli do dyspozycji prasę, szachy oraz
pierwszy polski gramofon lampowy „Karolinka” z płytami. Funkcjonował też mały sklepik, w którym można było kupić ciastka czy oranżadę.

Warto dodać, że oficjalnie klub nosił nazwę sali audiowizualnej. Jako
młodzi nauczyciele chcieliśmy odświeżyć klimat szkoły. Zaczęliśmy więc
wprowadzać współzawodnictwo między klasami – w konkurencjach sportowych oraz różnych konkursach. To właśnie w klubie odbyły się pierwsze szkolne zawody szachowe. Po raz pierwszy też nauczyciele rywalizowali z uczniami w zawodach sportowych. Bezdyskusyjnym atutem I LO były sukcesy z drużyny piłki ręcznej, prowadzonej przez prof. Kaczmarka. Drużyna powstała w 1956 r., a już dwa lata później szczypiorniści awansowali do II ligi w kraju. Co ciekawe, początkowo był to 11-osobowy zespół, dopiero później skład drużyny stanowiło 7 osób.

W roku 1969 został Pan wicedyrektorem liceum. Jak wspomina Pan
ten okres?

Jeśli się kocha pracę z młodzieżą, sprawia ona wiele przyjemności. Jednak jak w każdym zawodzie, tak i w tym istnieją blaski i cienie. Był
to okres trudny i bardzo pracowity. W tymże czasie przy Zielonym Liceum powstało czteroletnie liceum dla pracujących, które później działało
w systemie trzyletnim. Nauczyciele mieli więc nie tylko dodatkową pracę, ale też dodatkowe pieniądze. W tym samym czasie skończyłem zaoczne studia z filozofii, która bardzo mnie interesowała. W ramach programu Ministerstwa Oświaty zrobiłem też miesięczny kurs w Warszawie z nauczania propedeutyki filozofii i takiego przedmiotu, będąc wicedyrektorem szkoły, zacząłem uczyć. To był bardzo dobrze przemyślany przedmiot – zawierał elementy logiki, socjologii i filozofii. Gdy byłem wicedyrektorem, dużą satysfakcję sprawiła mi radiofonizacja szkoły. W tamtych czasach była to prawdziwa nowość, która urozmaiciła życie I LO. Dzięki radiowęzłowi do uczniów łatwo trafiały najświeższe informacje z życia szkoły.


Co się działo w szkole w czasie stanu wojennego?


Wiadomo oczywiście, że zajęcia w tamtym czasie zostały zawieszone.
Nie było żadnych aresztowań czy represji. W szkole była po prostu przerwa,
a nauczanie zostało wznowione w styczniu. Ciekawostką jest natomiast
to, że w tym okresie w placówce zarządzeniem władz stanu wojennego
w naszej wspomnianej wyżej sali audiowizualnej zakwaterowano pododdział rezerwistów Wojska Polskiego. Skutkiem stacjonowania w szkole tej grupy było niestety – mówiąc delikatnie – zubożenie naszej sali o niektóre rzeczy.

Jako pedagog obserwuje Pan uważnie młodzież. Czy dostrzega Pan
różnice między dzisiejszą młodzieżą a jej rówieśnikami z lat ubiegłych?

Różnica ta jest gigantyczna. Natomiast na pewno nie będę wygłaszać
jeremiady na temat tego, jaka to dzisiaj młodzież jest zdemoralizowana,
niedobra czy nieprzewidywalna. Uważam, że zadziwiające niekiedy postawy naszej dzisiejszej młodzieży to efekt nadrabiania wieloletnich zapóźnień i zacofania cywilizacyjnego Polski. Tak to właśnie socjologicznie postrzegam – tak potoczyły się losy naszego kraju i społeczeństwa.
Nie możemy zapominać też o tym, że wiodącą rolę w wychowaniu dzieci
odgrywa środowisko rodzinne. Zgodzę się, że programy nauczania w szkole
i niektóre rozwiązania są nieprzemyślane, a niekiedy – nie waham się tego
ten sposób nazwać – kretyńskie. Takim kretyńskim pomysłem była niedawno jeszcze obowiązująca formuła matury z języka polskiego, polegająca na przygotowaniu przez uczenia 15-minutowej prezentacji na dowolny temat. Momentalnie rozwinął się „przemysł” internetowy i za pieniądze można było taką prezentację kupić.

Skoro już jesteśmy przy maturach… Dla każdego ucznia liceum
egzamin dojrzałości to bez wątpienia najważniejsze wydarzenie. Jak
wyglądał egzamin dojrzałości w tamtych latach?


Obowiązkowy był pisemny z języka polskiego i matematyki. Zdanie
tych egzaminów przynajmniej na ocenę dostateczną było warunkiem
dopuszczenia do egzaminów ustnych. Następnie zdawało się egzaminy
ustne z matematyki, języka polskiego i dwóch przedmiotów dodatkowych.
Co było najtrudniejsze – wszystkie egzaminy ustne zdawało się tego samego
dnia. Uczeń losował trzy pytania i udzielał na nie odpowiedzi. Jeżeli nie zdał któregoś z egzaminów ustnych, mógł przystąpić ponownie do egzaminu maturalnego za rok. Co najważniejsze – uczeń, który nie zdał matury, nie otrzymywał także świadectwa ukończenia szkoły średniej. Takie wymogi obowiązywały do 1963 roku. W kolejnych latach te procedury stopniowo ulegały zmianie i nadal się zmieniają. Te zmiany, o których wspominałem już wcześniej, są niekiedy absurdalne.

Pracował Pan z wieloma uczniami. Czy jakiś rocznik, a może
konkretny uczeń, utkwił Panu w pamięci?


Są tacy uczniowie, którzy wpisali się na zawsze w moją
pamięć, ale są i tacy, których nie pamiętam, bo trudno spamiętać
tyle twarzy i nazwisk. Szczególnie pamiętam dwa roczniki –
maturzystów z 1965 i 1969 r., których byłem wychowawcą.
Z niektórymi absolwentami szkoły do dzisiaj utrzymuję serdeczne kontakty,
z innymi spotykam się podczas zjazdów absolwentów I LO. Dla mnie
zaskakujące jest to, że do dziś wielu moich uczniów, już przecież dorosłych
ludzi, kłania mi się na ulicy i jest to niewątpliwie bardzo miłe.

Dlaczego w 1982 roku opuścił Pan liceum?

Po prostu podjąłem kolejne wyzwanie, jakim było pełnienie funkcji
pełnomocnika kuratorium ds. budowania i uruchomienia Zbiorczej Szkoły
Gminnej, czyli dzisiejszej Szkoły Podstawowej nr 2 w Miliczu.
Po ukończeniu budowy szkoły zostałem jej dyrektorem i to stanowisko zajmowałem do roku 1991, w którym przeszedłem na emeryturę.

Źródło: Publikacja Moje Zielone Liceum, rozmawiała
Beata Iwaszkiewicz-Bugajska

w Autorytety

Tadeusz Pasierb

W 2012 roku zmarł niezwykle ceniony przez wielu absolwentów Tadeusz Pasierb, wieloletni nauczyciel fizyki.

Oto jak wspominał go Wilchelm Maniów (matura 1959):
„Czy przypominacie sobie zajęcia z Tadeuszem Pasierbem, który z sardonicznym uśmiechem i diabolicznym błyskiem w oku wyjaśniał istotę fali świetlnej i jej dziwnego zachowania się w różnych środowiskach? I dlaczego ma dwoistą naturę? A pamiętacie, że zrobił to w bardzo oszczędnych zdaniach, bardzo precyzyjnie, z logicznym następstwem kolejnego zdania nad poprzednim? To właśnie logika mówiła, a on ją tylko werbalizował. To przed logiką, a nie przed Tadeuszem Pasierbem, był strach powszechny. To było chowanie do szufladki z napisem >>Do niezrozumienia<< pojęć prostych, fundamentalnie prostych. Profesor skomplikowane tyrady kwitował jednym celnym zdaniem, wprowadzając w osłupienie adwersarza. Osobiście zawdzięczam mu bardzo wiele i dziękuję Losowi, że dał mi okazję słuchać jego wykładów…”
A tak wspominał Tadeusza Pasierba Marian Kowalski (matura 1955):
„Nie lubił grzać miejsca za stołem, chciał być z fizycznymi problemami jak najbliżej nas. Był mężczyzną wysokim, przystojnym, o ciepłym spojrzeniu dużych oczu; zdawał się nimi widzieć więcej, niż sądziliśmy. Trudno było wyprowadzić go z równowagi, nawet moją indolencją podczas fizycznych eksperymentów. Jego pełne ciepła oczy dostrzegały we mnie coś, co pozwalało mu tolerować moje ograniczone zainteresowanie jego przedmiotem. Podziękowałem mu za to osobiście podczas jednego ze spotkań w Miliczu…”