O latach pięćdziesiątych wiemy najmniej. Brakuje wielu kronik. Ze wspomnień dawnych uczniów i pracowników wyłania się obraz szkoły (początek lat 50.) całkowicie podporządkowanej reżimowi. To czarne lata dla całego kraju, kiedy komunizm przybrał najbardziej brutalną formę. Źródła rozświetlają ten mrok historii dopiero w połowie lat 60. I to tylko na chwilę.
W 1965 r. odbywają się obchody 20-lecia Liceum w Miliczu. W ramach uroczystości patronem szkoły został Aleksander Zawadzki – działacz PPR i PZPR, od 1952 do śmierci (1964) Przewodniczący Rady Państwa. To imię szkoła jubileusz 80-lecia 1945–2025 będzie nosić do 1990 r. Na pierwszy wielki jubileusz przybyło prawie 300 absolwentów.
We wrześniu 1966 r. w ramach reformy „jedenastolatek” rozdzielono szkołę na Liceum Ogólnokształcące i Szkołę Podstawową nr 2, której kierownikiem przez dwa lata był nauczyciel j. rosyjskiego Roman Brzuszek, a po nim Maria Kłos. W Liceum działały następujące organizacje: Związek Młodzieży Socjalistycznej, Samorząd Szkolny, Związek Harcerstwa Polskiego, Spółdzielnia Uczniowska, Szkolne Koło PCK, Szkolne Koło Przyjaciół Związku Radzieckiego. Organizowano wiele imprez dla uczniów – zawody sportowe, bale studniówkowe czy wycieczki turystyczno-krajoznawcze.
Dzieje liceum w Miliczu zaczynają się w 1945 roku, który przyniósł wiele zmian. Zakończyła sią trwająca od 1939 r. wojna. Świat próbował złapać oddech po straszliwej hekatombie. Klęska III Rzeszy i zwycięstwo zachodnich aliantów oraz Armii Czerwonej miało wielki wpływ na dalsze życie milionów Polaków. Decyzją Stalina (zaakceptowaną przez USA i Wielka Brytanię) Polska utraciła znaczne obszary na Wschodzie (z największymi ośrodkami miejskimi – Lwowem, Wilnem i Grodnem). Rekompensatą za to miały być nabytki terytorialne na Zachodzie i Północy. Granicę polsko-niemiecką wytyczono na linii Odry i Nysy Łużyckiej. Przesunięcie granicy spowodowało również wielką migrację. Tereny przyznane Polsce masowo opuszczała zamieszkała tutaj ludność niemiecka (część w ucieczce przed Rosjanami, część wysiedlona przez nazistów w ramach ewakuacji, część wysiedlona później przez polską administrację). W ich miejsce napływała ludność polska, głównie z województw centralnych i utraconych na rzecz ZSRR Kresów Wschodnich.
22 stycznia 1945 do mocno opustoszałego Milicza wkraczają wojska Armii Czerwonej. Rozpoczynają się rządy wojskowych komendantów. Od kwietnia przybywają pierwsi polscy osadnicy. Próbują tworzyć administrację, życie oświatowe, kulturalne i religijne. Gmach dawnego gimnazjum realnego (obecnie I LO) zajmuje wojsko sowieckie. Pierwszy dyrektor – Stanisław Dąbrowski – organizuje szkołę (liceum i gimnazjum) w kilku salach sąsiedniej szkoły podstawowej (obecnie SP1 w Miliczu). Pierwsze lata są trudne – brakuje nie tylko budynku, ale również sprzętu, materiałów dydaktycznych, podstawowych przyborów szkolnych i pracowników. Kadrę stanowi trochę więcej niż 10 osób na ponad 140 uczniów. W 1946 r. siedziba szkoły zostaje przeniesiona na pl. Armii Czerwonej (dziś ks. E. Waresiaka), do budynku obecnego Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego. Obecny gmach staje się własnością szkoły dopiero w kwietniu 1947 roku. Uroczystość zakończenia roku szkolnego 1946/1947 odbędzie się już w auli. Szkole przekazano także fortepian Steinway, który pięknie brzmi do dziś.
Opuszczony przez kilka lat budynek wymagał wielu napraw. Przede wszystkim ogrzewania, którego remont ukończono dopiero pod koniec czerwca 1948 r. Nowy rok szkolny (IX 1948) przyniósł także reformę systemu oświaty (jej celem było upodobnienie polskiej edukacji do wzorca radzieckiego). Szkoły podstawowe, gimnazja i licea zreorganizowano w 11-letni cykl nauczania (7-letnie szkoły podstawowe i 4-letnie licea: kl. VIII–XI).
Inauguracja roku szkolnego 1989/1990 odbyła się pod przewodnictwem nowego kierownictwa. Dyrektora Tadeusza Kiełbińskiego zastąpił dyrektor Janusz Blek, którego przez kolejne 10 lat wspierać będzie wicedyrektor Katarzyna Podfigurna.
Jesienią uczniowie wystąpili z petycją o zmianę patrona szkoły. W związku z tym dyrekcja zorganizowała 5 XII 1989 r. spotkanie z dr Edwardem Czapiewskim (Uniwersytet Wrocławski), który wygłosił wykład „A. Zawadzki – jego życie i działalność”. W czerwcu 1990 r. podczas ślubowania, składanego przez absolwentów „słowa: „wierność Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej” zamieniono na „wierność Rzeczpospolitej Polskiej”, a ducha socjalizmu przemianowano na ducha Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela. Zdecydowanie podnosi się jakość życia (i pracy) – w kronice pojawiają się pierwsze kolorowe zdjęcia, a matura z matematyki przestaje być obowiązkowa.
W roku szkolnym 1990/1991 do szkół wraca religia. Pierwszym katechetą w liceum zostaje ks. Krzysztof Cebula. Tradycją stają się coroczne spotkania świąteczne połączone z łamaniem się opłatkiem. Reaktywowano szkolny chór. Z okazji Dnia Edukacji Narodowej (rok szkolny 1991/1992) wspólne (!) życzenia wystosowali: Prezes Zarządu Oddziału ZNP i Przewodniczący Międzyszkolnej Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” z jednoczesnym zaproszeniem na okolicznościowe msze święte i dopiskiem „Szczęść Boże!”. Z kolejnym rokiem szkolnym, w ramach zajęć lekcyjnych, uczniowie zaczną brać udział w rekolekcjach wielkopostnych. Gospodarka wolnorynkowa wkroczyła także do szkół – rozpoczęła się rywalizacja o pozyskanie uczniów. Rozpoczęto wydawanie informatorów dla kandydatów, pojawiły się klasy autorskie (np. menadżerska). Uczniowie pod opieką nauczycieli zaczęli wydawać gazetkę „Atut” (cena: 4 000 zł), która miała aspiracje więcej niż tylko szkolne. Do kanonu świąt uczniowskich weszły Walentynki.
W roku szkolnym 1993/1994 szkołę odwiedziła grupa absolwentów niemieckiego gimnazjum realnego, które funkcjonowało w budynku liceum do 1945 r. Przewodniczył jej Wielfried Stahr. Wyraził on nadzieję i życzenie, by szkoły z Milicza i Springe (Dolna Saksonia w Niemczech) nawiązały ze sobą współpracę. I tak też się stało. W listopadzie 1994 r. wizytę w Miliczu złożyła grupa uczniów i nauczycieli Otto Hahn Gimnasium w Springe. W marcu 1995 r. grupa milickich nauczycieli i uczniów rewizytowała swych niemieckich przyjaciół. Wymiana trwa do dziś (coroczne wizyty obu grup) i owocuje piękną współpracą, jak również wieloma bliskimi znajomościami.
W 1998 r. odbyły się obchody 70-lecia wmurowania kamienia węgielnego pod gmach obecnego liceum. Wśród zaproszonych gości znaleźli się niemieccy absolwenci gimnazjum, polskie i niemieckiego władze samorządowe, przedstawiciele Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego i Kościoła Rzymskokatolickiego (kard. Gulbinowicz). W roku szkolnym 1995/1996 odbył się Zjazd Absolwentów z okazji 50-lecia szkoły. Po raz pierwszy zorganizowano również prawybory prezydenckie. Od tego czasu w szkole organizuje się wszystkie prawybory (prezydenckie, parlamentarne, samorządowe, europejskie oraz referenda), dziś w ramach projektu „Młodzi Głosują”. W 1999 r. dyrektorem szkoły zostaje Henryka Skrzynecka, wicedyrektorem Sławomir Strzelecki. Szkoła jest już wówczas w zarządzie nowo utworzonego szczebla administracji samorządowej – powiatu milickiego.
Lata 80-te są dla Polski szczególne. Rozpoczęły się i zakończyły wielką nadzieją na lepsze jutro. Na ich początku ruch „Solidarności”, później stan wojenny i szarobura rzeczywistość społeczna i gospodarcza nijakość. Życie na kartki.A pod koniec znów iskra światła. Okrągły stół, wybory i zmiany.
Gdy czyta się kroniki szkolne z tego okresu wydaje się, że nie dzieje się nic niezwykłego. Co roku kolejne roczniki absolwentów urządzają okolicznościowe spotkania, odbywają się przedstawienia artystyczne (w 1982 r. wrocławscy artyści wystawili w auli fragmenty opery „Wesele Figara”), trwają coroczne studniówki (w 1983 r. do zabawy przygrywała orkiestra Dolnośląskiego Okręgu Wojskowego), odbywają się zawody sportowe (m.in. zawody strzeleckie „O Srebrny Muszkiet”). Intensywnie działają: Samorząd Szkolny, ZHP, Spółdzielnia Uczniowska „Zaranie”, Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze, Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, Szkolne Koło PCK, Liga Ochrony Przyrody, Szkolny Klub Sportowy i liczne koła przedmiotowe. W 1983 r. Po raz pierwszy od wielu lat na maturze zdawano obowiązkowo język obcy (zdecydowana większość – język rosyjski).
W 1984 r. wybrano Miss Roku Szkolnego, którą została Mirosława Baczkowska (kl. IV c). W październiku 1984 liceum odwiedziła grupa nauczycieli z Kurt Schlosser Oberschule w Wilsdurff (bratnie NRD), którym nasi nauczyciele złożyli rewizytę na przełomie stycznia i lutego 1984 r. W 1985 r. miało miejsce 40-lecie Liceum Ogólnokształcącego im. A. Zawadzkiego. Na adres „Milicz, ul. 22 stycznia 5” nadesłano liczne pozdrowienia, m.in. z Meksyku, Wiednia oraz Syrii. Te ostatnie przysłał absolwent szkoły – dowódca polskiego kontyngentu wojskowego w siłach zbrojnych ONZ, ppłk mgr inż. Zbigniew Łubiński. Odnoszono sukcesy na olimpiadach (m.in. biologicznej i geograficznej). W roku szkolnym 1987/1988 naukę rozpoczęły uczennice Liceum Medycznego, utworzonego w budynku liceum. Jak co roku z okazji Dnia Edukacji Narodowej nadchodziły życzenia od Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, Związku Nauczycielstwa Polskiego, Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Teatru Polskiego.
Jedynie kronikarz z wyraźnym rozmarzeniem (nie wiedzieć czemu…) pisał o studniówce w 1983 r.: „w pięknie udekorowanej auli rozchodził się niebiański zapach flaków, kiełbas, sałatek i innych frykasów”. Pierwsze zmiany możemy zaobserwować wraz z rokiem szkolnym 1988/1989. Rozpoczęły się zajęcia z informatyki. Do dyspozycji szkoły oddano pracownię z 8 zestawami komputerowymi ELWRO 800 JUNIOR. 11 listopada odbyły się obchody 70-tej rocznicy odzyskania niepodległości. W ramach uroczystości recytowano m.in. Manifest PKWN. 6 grudnia Samorząd Uczniowski zorganizował dla swych profesorów Mikołajki. W styczniu odbył się Konkurs Piosenki Radzieckiej. Wielkimi krokami nadchodziło nowe.
Zdjęcie ukazuje uczniów Reformrealgymnazjum w Miliczu, którzy na zajęcia dojeżdżali z Sułowa specjalnym autobusem szkolnym. Było to ogromne ułatwienie w czasach, gdy samochodów było bardzo mało, a okoliczna ludność dojeżdżała do Milicza głównie kolejką wąskotorową. Imion i nazwisk tych uczniów niestety pewnie już nigdy nie poznamy, natomiast rozpoznawalna jest sylwetka sułowskiego kościoła w tle zdjęcia.
Właściciel Gospodarstwa Rybackiego Milicz i Ostoi Konika Polskiego. Społecznik, wieloletni prezes Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Doliny Baryczyi przez kilka kadencji przewodniczący Rady Nadzorczej Banku Spółdzielczego w Miliczu. Tak wspomina Zieloną Szkołę w wywiadzie z 2012 roku.
Swoją edukację w szkole średniej rozpoczął Pan w 1951 r. Dlaczego wybrał Pan I LO w Miliczu?
Do Milicza przyjechałem z Gostynia wraz z rodziną zaraz po wojnie, w 1945 r. Choć naukę rozpocząłem w rodzinnym mieście, to kontynuowałem ją w Szkole Podstawowej nr 1. Następne lata, klasy od 5. do 7., w związku z reformą szkolnictwa spędziłem, ucząc się w „podstawówce” w budynku Zielonej Szkoły. Stąd decyzja o kontynuowaniu nauki w I Liceum Ogólnokształcącym była rzeczą naturalną.
Kto był Pana wychowawcą i jak układała się współpraca między uczniami a opiekunem waszej klasy?
Moim wychowawcą był nauczyciel wychowania fizycznego Antoni Kaczmarek. Można powiedzieć, że na lepszego pedagoga nie mogliśmy trafić. Mówię o tym z pełnym przekonaniem, ponieważ popołudnia spędzaliśmy z koleżankami i kolegami na szkolnym boisku, gdzie bawiliśmy się, ale też trenowaliśmy. Boisko było miejscem, w którym cementowały się nasze przyjaźnie. Jak wiadomo, nie było w tych czasach komputerów, telewizji, więc życie na boisku szkolnym i w świetlicy wypełniło nasz wolny czas. O tym, że nasza klasa była zgrana, świadczyć może też fakt, że rokrocznie spotykamy się na wspomnieniowych spotkaniach, odwiedzamy budynek szkoły, zwiedzamy okolicę. Rok temu spotkanie odbyło się w Miliczu, na Ostoi, a w poprzednich latach m.in. we Wrocławiu i Polanicy Zdrój. W tym roku nie udało nam się zebrać, gdyż trzy koleżanki miały zaplanowane operacje i nie chcieliśmy ich ściągać. Żeby nie spotykać się bez nich, solidarnie zadecydowaliśmy o przełożeniu spotkania na przyszły rok.
Szlifowanie formy fizycznej także po lekcjach musiało zakończyć się sportowymi sukcesami…
Oczywiście, że tak. Od wiosny do jesieni często uczestniczyliśmy w zawodach lekkoatletycznych, reprezentowaliśmy szkołę, rywalizując w rzutach dyskiem czy kulą. Pamiętam, że pewnego razu pojechaliśmy na zawody do Wrocławia. Ja uczestniczyłem w nich jako zawodnik rezerwowy, bo orłem w gimnastyce nie byłem. Tymczasem wystartowałem w zawodach w „przyrządówce” i zająłem w nich pierwsze miejsce. Ciekawostką jest fakt, że podczas tych zawodów rywalizowały również drużyny piłkarzy ręcznych. W turnieju wygrali zawodnicy MKS-u Wałbrzych. My nie rywalizowaliśmy, bo organizatorzy nie wiedzieli, że posiadamy swoją drużynę. Ostatecznie pozwolono nam zagrać z drużyną wałbrzyską, którą pokonaliśmy 13:1. W kolejnych latach drużyny z Milicza triumfowały w zawodach rangi ogólnopolskiej.
Nauka jakich przedmiotów przychodziła Panu z łatwością, a do których musiał się Pan solidnie przyłożyć?
Lubiłem i lubię do dziś historię oraz geografię, problemów nie miałem też z językiem polskim. Z matematyki szło mi średnio, jednak na studiach okazało się, że z Zielonego Liceum wyniosłem solidne podstawy, które pomogły mi w dalszej edukacji.
Maturę zdawał Pan w 1955 r. Z jakim efektem?
Nieskromnie mówiąc – bardzo dobrze. Na egzaminie zdawałem sześć przedmiotów: język polski, historię, WOP (wiedza o Polsce i świecie współczesnym – przyp. aut.), matematykę, fizykę i chemię.
Czy ma Pan jakieś wspomnienia związane z egzaminem maturalnym?
Na pewno jedną z ciekawostek jest moja rozmowa z prof. Hass, która po egzaminie z historii stwierdziła, iż dobrze, że nie byłem doradcą Hitlera. Wzięło się to stąd, że podczas egzaminu pokazałem błędy dowódców na frontach II wojny światowej. Warto zaznaczyć, że na poszczególne egzaminy szliśmy prosto z przyszkolnego boiska. Spędzaliśmy na nim wspólnie i bezstresowo czas przed oraz między egzaminami.
Kontynuował Pan naukę w…
Wyższej Szkole Rolniczej we Wrocławiu. Po maturze chciałem pójść na geologię, ponieważ kusiły mnie perspektywy możliwych wyjazdów za granicę. Niestety, z niektórymi uczniami – w tym ze mną – komisja przeprowadzała rozmowy. Gdy zapytano mnie o poglądy, odpowiedziałem łacińską sentencją „Carpe diem”. Członkowie komisji, słysząc to, odpowiedzieli: „Aha, karpie… no to zootechnika”. I tak wylądowałem na tym kierunku, choć w dalszym toku nauki wybrałem kierunek rybactwo. Swoją naukę zakończyłem w 1970 r., broniąc doktorat z rybactwa.
Po studiach przyszedł czas na pracę, a ta związana była z ziemią milicką.Już w czasie studiów pracowałem w gospodarstwie rybackim w Miliczu.
W grudniu 1963 r. rozpocząłem pracę w Powiatowej Radzie Narodowej, w której zajmowałem się kwestiami rybackości. Byłem tam zastępcą kierownika wydziału rolnictwa, później kierownikiem, aż do piastowania funkcji zastępcy naczelnika powiatu. W 1974 r. powróciłem do pracy w milickim kombinacie rybackim. Praca związana z rybami zajęła lwią część Pana życia. Jednak w pewnym momencie zapadła decyzja o utworzeniu gospodarstwa rybackiego na Ostoi. Proszę przybliżyć historię tego miejsca.
Po zmianach ustrojowych i likwidacji kombinatu postanowiliśmy utworzyć spółkę MilRyb, która przetrwała 10 lat. W tzw. międzyczasie z pomocą środków z Funduszu Ziemi wykupiłem grunty, które dawniej były nieużytkami i zarośniętymi polami. Po przejęciu ich na własność zagospodarowałem je i wybudowałem stawy o powierzchni 37 ha, jeśli liczyć lustro wody. W sumie jest to pięć stawów, z czego cztery noszą imiona żony, córki i wnuczek: Irena, Monika, Ewa i Julia. Piąty, najmniejszy staw nazywany jest Olek, chociaż ja nazywam go stawem końskim. Po zagospodarowaniu stawów wróciłem do swojego hobby, jakimi były konie. Od najmłodszych lat, jeszcze w czasach okupacji jeździłem konno, więc postanowiłem ściągnąć tutaj te zwierzęta. Żona wyraziła zgodę na jednego, lecz było mu w pojedynkę smutno i w sumie moja hodowla się powiększyła. Tak powstała jedna z pięciu w Europie hodowli koników polskich, która w tej chwili liczy około 60 zwierząt. Wcześniej było ich więcej, lecz odkąd zgłaszają się do mnie rodzice dzieci niepełnosprawnych z całej Polski, chcący prowadzić hipoterapię dla swoich pociech, postanowiłem, że będę oddawać im te konie za darmo.
Niewątpliwie stał się Pan jedną z tych postaci w Miliczu, o których można powiedzieć, że mają swoistą renomę. Większość mieszkańców naszego miasta wie, kim jest Aleksander Kowalski. Natomiast ja chciałbym dowiedzieć się, czy wśród koleżanek i kolegów z Pana klasy i rocznika znajdują się inne równie wybitne osobistości?
Moim zdaniem każdy z nas osiągnął cele, jakie sobie wcześniej wyznaczył. Dostaliśmy się na studia, rozjechaliśmy się po kraju. Chociażby mój brat – Marian, z którym chodziłem do klasy, a który jest autorem blisko 70 książek. Z mojego rocznika wywodzi się też wielu nauczycieli wychowania fizycznego czy trenerów sportowych. Nie chciałbym jednak wymieniać ich z nazwisk, by kogoś nie pominąć.
Jak dziś, ocenia Pan czasy swojej młodości? Czy istnieje różnica pomiędzy ówczesną a obecną młodzieżą? Jeżeli tak, to czy jest ona faktycznie tak duża?
W naszych czasach młodzież miała mniejsze wymagania, cieszyła się drobiazgami. Nam wystarczyły „kićka” czy „bąk” do zabawy lub „cymbergaj” na przerwach – to były nasze gry i sposoby na spędzanie wolnego czasu. Z kolei w świetlicy bardzo chętnie grywaliśmy w szachy. Jeśli chodzi o sprawy wychowawcze, to ciężko nam było sobie wyobrazić sytuację, w której uczeń wychodzi ze szkoły i już na jej schodach odpala papierosa. Inaczej było też w relacjach z nauczycielami, którzy słysząc uczniowskie „dzień dobry”, odpowiadali, a teraz nie zawsze tak jest. Młodzież szanowała przechodzące z roku na rok podręczniki, zeszyty, w których nie było pustych miejsc. Cóż, czasy się zmieniają, współczesna młodzież nie jest gorsza, jest po prostu inna.
Ówczesna szkoła to także pochody pierwszomajowe oraz prace w czynie społecznym, takie jak wykopki czy sadzenie lasu. Jak wspomina Pan te chwile?
Jeśli chodzi o pochody czy prace społeczne, to podchodziliśmy do nich z radością. Nie traktowaliśmy ich jak przymus, tylko okazję do wspólnych spotkań. Wtedy nie myśleliśmy o ideologiach tym rządzących. To był sposób na chwilowe oderwanie się od nauki i szkolnych obowiązków. Jeśli chodzi o prace społeczne, to teraz, gdy widzimy wysokie drzewa w lasach, przypominamy sobie o tym, że sami je sadziliśmy. To daje ogromną satysfakcję. Z kolei z mundurkami nie mieliśmy jak dyskutować. Mundurki, noszenie beretów czy herbów „LO Milicz” na rękawie to był rygor, ale do przyjęcia.
Czy mógłby Pan powiedzieć, co najbardziej zapadło Panu w pamięć z czasów swojej edukacji w I LO?
Na pewno dobra i przyjazna atmosfera, zarówno wśród uczniów, jak i nauczycieli. Zresztą skoro dzisiaj rozmawiamy, to mówię o swojej szkole. Podobnie koleżanki i koledzy, z którymi się rokrocznie spotykamy. To było nasze Zielone Liceum. Mile wspominam też popołudniowe spotkania w szkolnej świetlicy czy wspólne wypady do kina Capitol.
Aktorka, pedagog, absolwentka I LO (rocznik 2000) i krakowskiej PWST – specjalizacja wokalno-estradowa (2006). Po studiach grała w krakowskich teatrach, w tym w Łaźni Nowej, w Warszawie związana m.in. z teatrem Rampa, obecnie współpracuje z Teatrem Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Jest laureatką i finalistką wielu festiwali i przeglądów, w tym m.in. Zamkowych Spotkań w Olsztynie, „Pamiętajmy o Osieckiej”, FAMY w Świnoujściu, Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie, Festiwalu im. Marka Grechuty „Korowód” w Krakowie, OPPA w Warszawie, Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki Studenckiej „Łykend”. Na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu dwukrotnie otrzymała nagrodę Tukan OFF. W 2019 wydała pierwszą autorską płytę pt. „Lubczyk”. Oto, co powiedziała o Zielonym Liceum w wywiadzie w 2012 r.
Jesteś absolwentką Zielonego Liceum. Jak wspominasz swój czas spędzony w tej szkole? Moje cztery lata w Zielonym Liceum to bardzo silne i ważne wspomnienie. Trafiłam na świetną klasę, bardzo sympatycznych ludzi, z którymi dobrze się rozumiałam i za którymi tęsknię. Szkoda, że tak się porozjeżdżaliśmy po Polsce i świecie. Trzeba byłoby wreszcie się zobaczyć, chociaż pewnie nie wszyscy mogliby dotrzeć. Może w Boże Narodzenie? Dobrze wspominam Duffa Johnstona, naszego native spikera. Bardzo go lubiłam, a on interesował się sztuką, więc oprócz angielskiego mieliśmy inny wspólny język. Kontaktowaliśmy się długo, jeszcze dwa lata temu pomagał mi szukać oryginału sztuki teatralnej Athola Fugarda, której w Polsce nie sposób odnaleźć. Chyba muszę znów do niego napisać. Wszystkich zresztą nauczycieli wspominam bardzo dobrze i z sentymentem – pisałam kiedyś o tym w felietonie w „Głosie Milicza”: jak bezczelnie wykorzystywaliśmy dobroć i poczucie humoru prof. Süsser, kombinując, by nie pytała nas z polskiego (obchody Międzynarodowego Dnia Polonisty, petycje o litość po osiemnastce kolegi, wniesienie mnie przez kolegów na noszach do sali 13 grudnia i zarządzenie obchodów uroczystej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego), moje ziewanie na fizyce u prof. Strzeleckiego i wieczne jego pobłażanie, oblewanie wodą wychodzących ze szkoły przez kolegów z klasy i czapki nakładane rzeźbie (mieliśmy salę nad głównym wyjściem). Profesor Świątkowska, nasza wychowawczyni, chyba nie miała z nami lekko…
Chciałoby się powiedzieć za wieszczem Staffem: „Bo coś w szaleństwie jest młodości wśród lotu skrzydeł, wichru szumu…”. Młodość to magia. Czy jest w szkole jakieś miejsce szczególnie Ci bliskie, magiczne?
Zawsze miejscem magicznym będą dla mnie wszystkie biblioteki, więc i nasza takim w mojej pamięci pozostanie. Ten ciemny korytarzyk do niej prowadzący już był tajemniczy. Kocham naszą aulę i zakamarki jej niewielkich kulis – to wielka radość, że zakochali się też w nich moi warszawscy uczniowie, których przywiozłam w czerwcu już drugi raz, by zagrali swój spektakl. Kasztan obok boiska za szkołą oby rósł jak najdłużej. Miałam też kilka swoich niezłych kryjówek, ale nie powiem gdzie, niech to zostanie moją słodką tajemnicą.
Wiele osiągnęłaś w dziedzinie artystycznej. Czy już w liceum rozwijałaś swoje artystyczne pasje?
Tak, już w liceum zaczęłam jeździć na festiwale piosenki, przy fortepianie wspierała mnie wówczas Aleksandra Dębska (w tym czasie Zakrzacka). W klasie maturalnej wygrałam pierwszy ważny dla mnie festiwal. Zdaje się, że dużo lekcji wtedy opuściłam… Dlatego bardzo dziękuję za wyrozumiałość profesorów.
Aktor to człowiek, który szczególnie mocno smakuje otaczającą go rzeczywistość, a już na pewno pamięta o swoich wrażeniach w kontaktach ze sztuką. Czy jakieś przeżycia artystyczne z czasów licealnych szczególnie mocno utkwiły Ci w pamięci?
Pewnie! Kółko teatralne prowadzone przez Marka Lisa-Orłowskiego. Pierwsze moje teatralne szlify, pierwsze spektakle: „Babalanga” i „Romanca”. Matko, co to były wtedy za emocje! Marek zaprowadził mnie kiedyś na zaplecze teatru Współczesnego we Wrocławiu. To było przeżycie – zobaczyć scenę z drugiej strony.
W Szkole Teatralnej zetknęłaś się z wielkimi osobowościami aktorskimi: Anna Polony, Jerzy Stuhr… Trudno pozostać obojętnym wobec tak wielkich postaci. Co zadecydowało (lub kto), że będąc tu w Miliczu, ucząc się w Zielonym Liceum, postanowiłaś zostać aktorką?
Zawsze podkreślam, że zawodu, do którego trzeba mieć powołanie i predyspozycje, nie wybiera się, szczególnie w przypadku zawodów artystycznych. To zawód wybiera człowieka i tak właśnie aktorstwo upomniało się o mnie. Posłało po mnie delegację Szekspira, Słowackiego, Mickiewicza, Gombrowicza ze wszystkimi ich dziełami dramatycznymi, swoje zrobili Swinarski, Grotowski, Lupa, Jarzyna i ich spektakle, dobili mnie Kieślowski, Campion, Allen, Polański swoimi filmami. I już nie było odwrotu. Zostałam wzięta w słodki jasyr. A potem, w 1998 r. dostałam drugą nagrodę w finale Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego w kategorii teatru jednego aktora. Jurorki (Agnieszka Warchulska i Aleksandra Konieczna) wzięły mnie wówczas na rozmowę i gdy stałam blada i onieśmielona, zapytały, czy chcę zdawać do szkoły teatralnej. Stanowczo to nakazały, a takie dodanie odwagi bardzo mi wtedy było potrzebne.
Masz kontakt z młodzieżą, uczysz w XLVI LO w Warszawie. Czy młodzi ludzie są tacy sami jak wtedy, gdy sama byłaś uczennicą?
Z jednej strony tak – patrzę na nich i przypominam sobie te wszystkie zakochania, to roztargnienie, epokę odkrywania przywilejów dorosłości, z czego po osiemnastych urodzinach z dziką zapalczywością się korzysta. To mnie rozczula i nie pozwala „zapomnieć wołu, jak cielęciem był”. Z drugiej strony – dobrodziejstwo Internetu zaczyna być przekleństwem. To bardzo wygodne usiąść przed komputerem i zamiast przeczytać najpiękniejszy list miłosny świata (Tatiany do Oniegina: „Piszę do pana – trzebaż więcej? Na jakież słowa się odważę?…”), można ogłupiać się sformułowaniami na temat pięknej dziewczyny, że „fajna laska z ryja”. Zamiast zorganizować sobie klasowe ognisko, tak jak my mieliśmy w zwyczaju (och, działka sióstr Wesołowskich!), siedzi się na czacie. Bo niby jak pielęgnować przyjaźnie, gdy nie patrzy się sobie w oczy, tylko na dodane przez kolegę zdjęcie na Facebooku. Oczywiście nie wszystkich to dotyczy, ale coraz mniej jest młodych ludzi, którzy z własnej woli sięgają po Dostojewskiego.
Możesz pochwalić się już pewnym dorobkiem artystycznym. Ostatni występ w auli I LO w „Vademecum petenta” Wittlina dał nam okazję, by podziwiać Twój talent na żywo. Jakie są Twoje plany artystyczne na najbliższą przyszłość? Czy można Cię gdzieś zobaczyć?
Wraz z Fundacją Centrala 71 zamierzamy kontynuować pracę w krakowskim teatrze „Łaźnia Nowa”. Gramy tam „Matkę Gyubala Wahazara” (wg Witkacego), zwycięskie przedstawienie z Przeglądu Piosenki Aktorskiej. W listopadzie wezmę też udział w jubileuszowym koncercie Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Autorskiej OPPA w studiu Polskiego Radia im. W. Lutosławskiego, choć częściej gram raczej kameralne koncerty. A plany? Zaczynam współpracę z wrocławskimi muzykami, więc z koncertami będzie nam pewnie trochę bliżej do Milicza. Chciałabym przygotować z nimi program kolęd jazzowych na początek. I jak tylko Justyna Kowalska (reżyserka) wróci ze stypendium zza oceanu, zamierzam namówić ją na realizację następnego „Vademecum” – Wittlin napisał ich dwadzieścia!
Co chciałabyś przekazać dzisiejszym uczniom naszego licem, którzy pewnie marzą o tym, by ich życie nie było tuzinkowe.
Po pierwsze: wierzcie w siebie, choćby każdy bałwan świata próbował wmówić Wam, że jesteście nic nie warci. Po drugie: jesteście młodzi, więc ufnie patrzcie w przyszłość, ale „nie depczcie przeszłości ołtarzy”, bo wszystko, co mamy, pochodzi od tych, którzy byli przed nami. Po trzecie: jeśli jest w Was pasja, nawet najbardziej oryginalna, róbcie wszystko, żeby ją realizować, nawet wówczas, gdy jakiś człowiek obraża kogoś, mówiąc na przykład: „Ten głupek bawi się w przebieranki, gania w zbroi, macha mieczem”. On nie wie po prostu, że z pasjonata rycerstwa wyrosnąć może wybitny mediewista. Po czwarte: nie Wikipedia, tylko encyklopedia i słowniki PWN. Raczej nie wierzyłabym anonimowemu internaucie w jego rzetelność i kompetencje, zupełnie jak nie polecałabym korzystania z linku, pod którym Małgorzata Wojciechowska wyjaśnia istotę zasady zachowania pędu – pała murowana! Po piąte: Internet jest przydatny, ale kumpel jest fajniejszy na żywo. I po szóste: czytajcie. Będziecie pięknie mówić, pisać, będziecie wrażliwsi, bogatsi, będzie Wam łatwiej porozumiewać się z innymi i łatwiej innych zrozumieć, mając możliwość poznania tajemnic bohaterów książek. Jak mówi Umberto Eco – czytając książki, żyjesz podwójnie. Obejrzyjcie dostępny na YouTube oscarowy film animowany „The Fantastic Flying Books f Mr. Morris Lessmore”, a zrozumiecie, o co mi chodzi. Czytajcie książki – będziecie mądrzy. I nie gniewajcie się, że zrzędzę jak stara profesorka przy katedrze…
Aktor filmowy i teatralny, reżyser, scenarzysta i producent. Urodzony w 1969 roku w Miliczu, maturę w I LO zdał w 1988 r., a w 1992 r. ukończył PWST w Krakowie. W 1991 r. na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni otrzymał nagrodę za pierwszoplanową rolę męską w filmie Nad rzeką, której nie ma. W 1995 r. uhonorowany nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego. W 1993 i 1994 r. nagrodzony Telekamerą w kategorii Aktor za rolę Piotra Gawryły w serialu Na dobre i na złe. Stworzył ciekawe kreacje w filmach: Kawalerskie życie na obczyźnie (1992), Pożegnanie z Marią (1993), Nocne graffiti (1996), w serialu Dom (1996-2000) czy w filmie 1920. Wojna i miłość (2010). Obecnie można oglądać go na ekranie w popularnym serialu Leśniczówka.
Oto, co powiedział o dawnej Szkole w krótkim wywiadzie w 2012 roku:
Czy nauka w I LO miała jakikolwiek wpływ na decyzję o wyborze szkoły teatralnej i Pana aktorskiej kariery? Jak Pan wspomina tamten okres w swoim życiu? Liceum Ogólnokształcące w Miliczu wspominam zawsze jak najlepiej – to jeden z najszczęśliwszych okresów w moim życiu. Osoby, które spotkałem w tamtym czasie, miały na mnie i moje życiowe wybory ogromny, bardzo pozytywny wpływ. Mam na myśli głównie przyjaźnie z tamtego okresu – to one mnie ukształtowały.
Oczywiście trudno dziś wymieniać nazwiska kolegów i przyjaciół z liceum, bo byłoby ich bardzo dużo. Często były to naprawdę wielkie przyjaźnie i bardzo ubolewam, że się urwały. Z perspektywy lat i doświadczeń mogę z całą pewnością powiedzieć, że byli i na pewno są to wyjątkowi ludzie. Niestety, nie utrzymuję już dziś żadnych kontaktów ze szkolnymi kolegami z LO. W mniejszym stopniu na wybór mojej życiowej drogi mieli wpływ pedagodzy. Z całym szacunkiem dla nauczycieli, nigdy nie lubiłem szkoły w klasycznym rozumieniu, preferowałem raczej to, co działo się między zajęciami lub po nich. Do dziś nie wiem, jakim cudem na maturze zdałem matematykę, i na zawsze pozostanie to dla mnie wielką zagadką. Pamiętam jednak, że byłem supergrzecznym uczniem, zwłaszcza jeśli brać pod uwagę dzisiejsze standardy zachowań młodzieży.
Gdy tak patrzę wstecz, trudno mi powiedzieć, czy już w czasach liceum zdawałem sobie sprawę z tego, jaką wybiorę drogę życiową. Mój aktorski talent, jeśli rzeczywiście takowy posiadam, objawił się zupełnie niespodziewanie dla mnie samego, nie wiadomo dlaczego i kiedy. Czyli jednym słowem: przeznaczenie. Czasy I LO w Miliczu natomiast kojarzą mi się głównie z radykalną zmianą sposobu myślenia o życiu i o planach na nie. To naprawdę był prawdziwy przełom. Dlatego zawsze chętnie wracam myślami do tamtych czasów, a większość wspomnień to wspomnienia bardzo miłe.
Niestety, dzisiaj bardzo rzadko przyjeżdżam do Milicza, głównie po to, by odwiedzić moją mamę. Cóż, moja praca zawodowa pochłania bardzo dużo czasu i dlatego nie jestem w rodzinnym mieście tak często, jakbym chciał.