29 maja odbyło się uroczyste pożegnanie absolwentów klas czwartych. Najlepsi uczniowie klas czwartych otrzymali nagrody, a następnie wychowawcy – klas: prof. Panek, prof. Tomaszewski i prof. Figura wręczyli świadectwa pozostałym uczniom klas czwartych. Mowę pożegnalną w imieniu absolwentów wygłosił A. Rusowicz, wręczając na koniec kwiaty na ręce dyrektora Tadeusza Kiełbińskiego.
Wieloletni nauczyciel w I Liceum Ogólnokształcącym w Miliczu, absolwent Wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego, współzałożyciel i członek władz Stowarzyszenia Absolwentów I LO w Miliczu.Oto, co opowiedział o sobie w wywiadzie z 2012 r.
Jak Pan trafił do Milicza i Zielonego Liceum?
Pochodzę z Wielkopolski, z powiatu tureckiego, a do Milicza trafiłem w 1960 r. Wcześniej byłem kierownikiem Wydziału Kultury w Ząbkowicach Śląskich. Na przyjazd do Milicza namówił mnie mój profesor pedagogiki z Uniwersytetu Wrocławskiego i pan Antoni Karczmarek, który był wtedy zastępcą dyrektora liceum – Witolda Krzyworączki. Pamiętam, że jechałem pociągiem z Kalisza do Wrocławia, zobaczyłem stację Milicz, przypomniałem sobie o mojej rozmowie z wicedyrektorem i po prostu wysiadłem.
Początkowo miałem pracować w Miliczu przez pół roku w ramach zastępstwa, gdyż rozchorowała się nauczycielka historii, ale tak się stało, że zostałem w tym mieście do dziś. Spodobało mi się miasto, ludzie i dziewczyny – to tu poznałem moją żonę. W LO przepracowałem 13 lat. Początkowo uczyłem historii, ale potem doszło wychowanie plastyczne, wychowanie obywatelskie i nauczanie historii w szkole wieczorowej.
Jakie było milickie liceum w latach sześćdziesiątych?
Panował wyż demograficzny i klasy liczyły 40–44 uczniów nie tylko z całego powiatu, ale również ze Zdun, Krotoszyna, a nawet Wrocławia i Warszawy. Liceum miało wysoki poziom i dobry procent przyjęć na studia wyższe. Program nauczania historii był bardzo przeładowany, dochodziły sprawy gospodarcze, historia ruchu robotniczego. Podręczniki były nieciekawe i zawierały ogromny zakres materiału, brakowało pomocy źródłowych.
W pierwszych latach bardzo trudno było wzbogacić lekcje o historię regionu, wiadomości o Miliczu; brakowało opracowań, bo były to ziemie poniemieckie. Dlatego w 1964 r. opracowałem broszurę na temat historii Milicza, wydaną w niewielkim nakładzie 100 szt., która rozeszła się błyskawicznie. W 1963 roku hucznie obchodzono rocznicę zdobycia pełnoletności przez pokolenie, które urodziło się już tutaj, na Ziemiach Odzyskanych. Pod koniec lat 60. zaczęło się ukazywać sporo map i materiałów na temat tych terenów, a ta wiedza zawsze mnie interesowała.
W wielu wspomnieniach absolwentów pojawia się Pan jako organizator wycieczek po regionie i założyciel koła historycznego.
W liceum od 1964 r. prowadziłem szkolne koło miłośników regionu pod nazwą „Kasztelania”. Jego pierwszym przewodniczącym był Waldemar Wencek, drugim Leszek Dobrzyński. Kilku członków „Kasztelanii” kontynuowało zainteresowania historyczne na studiach z historii lub nauk politycznych. Jerzy Juchnowski jest obecnie dziekanem Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego.
Poznawaliśmy przede wszystkim historię naszego regionu, który jest bardzo bogaty pod względem archeologicznym – są tu grodziska, cmentarzyska i inne obiekty wczesnohistoryczne. Z „Kasztelanią” jeździliśmy w te miejsca, a tak się złożyło, że w tym okresie Instytut Archeologii Uniwersytetu Wrocławskiego prowadził wykopaliska w Miliczu, w Sułowie i Kaszycach Milickich. Pamiętam, że podczas wizyty w Sułowie, gdzie prowadzono wykopaliska, zastaliśmy to miejsce puste – pracownicy byli akurat na obiedzie. Poszedłem ich szukać, a gdy wróciłem, zobaczyłem – o zgrozo – że moi uczniowie wykopali trzy urny grobowe. Urny wzięliśmy ze sobą do Milicza, miałem sporo kłopotów, ale ostatecznie odwiedziłam Wojewódzki Ośrodek Archeologiczno-Konserwatorski i dzięki uprzejmości dyr. Tadeusza Kaletyna pozwolono; aby urny służyły w naszej szkole jako pomoc naukowa.
W Kaszycach Milickich, już za zgodą archeologów, którzy zakończyli badania, wykopaliśmy kilka drobiazgów, które również trafiły do naszych licealnych zbiorów. „Kasztelania” miała swój proporzec, prowadziła gabinet historyczny, gdzie zorganizowaliśmy wystawę naszych znalezisk archeologicznych oraz różnych pamiątek przyniesionych na nasz apel przez uczniów ze strychów i piwnic. Zbiory były niezwykle ciekawe – znaczki, monety, pamiątki poniemieckie, ale również pamiątki osadników z Polski Wschodniej. W naszym zamierzeniu zbiory te miały być zaczątkiem izby regionalnej, a nawet muzeum regionalnego.
Drugą formą działalności „Kasztelanii” stały się wycieczki krajoznawcze. Wielkim problemem były wtedy środki transportu, dlatego korzystaliśmy z uprzejmości miejscowych zakładów pracy – jajczarsko-drobiarskich czy ówczesnej „Zorzy”. Jeździliśmy w weekendy po Dolnym Śląsku – Trzebnica, Henryków, Lubiąż – ale również szlakiem piastowskim – Poznań, Gniezno, Głogów. Spaliśmy w stodołach na sianie, u rodziny i znajomych. Jako wychowawca bałem się odpowiedzialności za młodzież, ale wtedy młodzież była bardzo zdyscyplinowana.
Poza tym podejmowaliśmy próby wydawnicze – zbieraliśmy stare pocztówki z przedwojennego Milicza i chcieliśmy je wydać, niestety bez sukcesu. Na szczęście to hobby znalazło w Miliczu kontynuatorów. Zbiory „Kasztelanii” po moim odejściu z liceum zniknęły, ale nie chcę tu i teraz o tym mówić. W latach 70. podjęto starania o przeznaczenie na muzeum budynku dawnej szkoły zawodowej przy kościele pw. św. Andrzeja Boboli, trwały rozmowy z Instytutem Archeologii Uniwersytetu Wrocławskiego, który miało przekazać do muzeum swoje zbiory archeologiczne, ale po roku 1980 projekt upadł i budynek przeznaczono na mieszkania dla nauczycieli.
Zresztą w latach 60., po zakończeniu wykopalisk na milickim Grodzisku, w Zielonym Liceum funkcjonowała tzw. izba archeologiczna, jednak potem zbiory wróciły do Wrocławia. Podobna ekspozycja czasowa była zresztą w izbie regionalnej prowadzonej przez Aleksandra Kowalskiego.
Czy ówcześni licealiści różnili się od obecnych?
W tamtych czasach uczniowie obowiązkowo nosili tarcze i mundurki. Nie do pomyślenia było, by uczeń chodził po mieście po godz. 20:00. Wieczorne seanse w kinie były owocem zakazanym. Nie stwierdzaliśmy przypadków pijaństwa i używania narkotyków, choć uczniowie popalali papierosy. Była to bardzo zdyscyplinowana, a zarazem fajna i głodna wiedzy młodzież, choć zdarzały się sytuacje, które z pozoru przeczą tej tezie. Aby zainteresować bardziej młodzież historią, wpadłem na pomysł popularyzacji czytelnictwa książek historycznych popularnonaukowych. W porozumieniu z bibliotekarką zgromadziliśmy kilkanaście książek dostosowanych tematyką do programów nauczania. Uczniowie w każdym semestrze musieli wykazać się krótką relacją z tej lektury w zaszycie przedmiotowym. Okazało się jednak, że wielu uczniów odpisywało od kolegów relacje i wybierało najcieńsze książki. Jako nauczyciela spotkało mnie wiec niepowodzenie i musiałem się z tym pogodzić.
Jak wyglądały relacje między uczniami a gronem pedagogicznym?
Moim zdaniem nauczyciele bardziej interesowali się młodzieżą, nie tylko w szkole. Odwiedzaliśmy także uczniów w domach, szczególnie tych dojeżdżających, sprawdzając ich warunki bytowe, możliwości dojazdu do szkoły itp. Inne kłopoty były z dziećmi ze środowiska ludzi wykształconych, a inne środowiska wiejskiego. Ale uczniowie ze wsi, mimo braków w edukacji, byli bardzo ambitni i często przeganiali mieszczuchów. Każdy nauczyciel prowadził kółko zainteresowań, bardzo egzekwowano powinności ucznia, reagowano na łamanie regulaminu również po zajęciach lekcyjnych.
Wychowawca był odpowiedzialny za swoją klasę. Moim wychowankiem i starostą klasy był Edmund Bienkiewicz, który już wtedy miał duże poważanie, ale ja jako wychowawca miałem do niego czasem uwagi, bo Edek krył często winnych i w przypadku jakiejś mniejszej lub większej „afery” potrafił wyegzekwować wszystko od kolegów i ja właściwie nie musiałem na nic reagować. Każdy wychowawca bronił swoich wychowanków, szczególnie na radzie pedagogicznej. Starsze pokolenie nauczycieli z trudem akceptowało nowoczesne zachowania uczniów i aktualną modę. My, młodsi stażem, wstawialiśmy się za uczniami u przedwojennych nauczycieli, bo przecież świat szedł do przodu.
To były czasy PRL-u, już nie stalinizmu, ale wiele faktów i problemów dotyczących naszej historii było pomijanych w procesie nauczania. Czy uczniowie zadawali Panu trudne pytania?
Jest takie przysłowie: „Historia vitae magistra” (historia nauczycielką życia), ale niekiedy rozmija się ono z rzeczywistością. Jest też przysłowie, że historia lubi się powtarzać. W rozumieniu i popularyzowaniu historii były i są białe plamy. Ówczesny program nauczania był tak skonstruowany, że musiałem na lekcjach gnać z omawianiem materiału, by zrealizować założenia programu. Ale były rozmowy, pytania bardziej zainteresowanych uczniów, którzy chcieli rozszerzyć wiedzę podręcznikową. Wiele trudnych problemów omawialiśmy na kole historycznym. Starałem się uczyć faktów i ocenę pozostawiałem uczniom, gdyż zdawałem sobie sprawę, że wiedzę o niektórych wydarzeniach mieli również z innych źródeł – od kolegów, rodziny i znajomych.
W podręczniku była przesadna ilość materiału dotyczącego spraw społecznych i ruchu robotniczego. Tzw. białe plamy – np. Katyń – były programowo pomijane. O 11 listopada mogliśmy mówić i nauczać, ale nie mogliśmy świętować tego dnia jako Święta Niepodległości, choć jednego roku zorganizowaliśmy spotkanie „Kasztelanii”, na którym śpiewaliśmy pieśni legionowe i omawialiśmy materiały z tego okresu. Już po pierwszych maturach okazało się, że musiałem zrewidować swoje podejście do programu nauczania historii. Dlatego orientując się w poziomie wiedzy uczniów i ich zainteresowaniach, starałem się wymagać od słabszych uczniów bardziej faktów i wydarzeń, a tylko od zdolnych umiejętności ich oceny.
Niepokojące są dla mnie informacje o cięciach w obecnym programie nauczania godzin lekcji historii oraz rezygnacji z nauczania dziejów współczesnych. Jak widać, nadchodzą czasy, że uczniowie zainteresowani historią będą musieli się jej uczyć – jak wtedy, za czasów PRL-u – w dużej mierze we własnym zakresie. Źródło: Publikacja Moje Zielone Liceum, rozmawiała Magdalena Fortuniak
W latach 1978–2006 nauczyciel fizyki, techniki, matematyki i PO, a w latach 1989–1999 dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego w Miliczu oraz (do likwidacji w 1995 r.) Liceum Medycznego w Miliczu, organizator Szkoły Muzycznej I Stopnia w Miliczu. Absolwent Wydziału Matematyczno-Fizyczno-Chemicznego Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Szkoły Oficerów Rezerwy przy WSWCh w Krakowie. Instruktor ZHP, retman hufca ZHP Milicz. W latach 2002–2008 prezes zarządu oddziału ZNP w Miliczu. Od 2007 r. prezes Stowarzyszenia „Uniwersytet Trzeciego Wieku w Miliczu”.Oto, co opowiedział o sobie w wywiadzie z Małgorzatą Czapczyńską w 2012 r.
Jak wspomina Pan swoje lata pracy spędzone w I LO w Miliczu?
Nie sposób w kilku słowach przedstawić wspomnień z 28-letniego dynamicznego, pełnego wydarzeń i zwrotów okresu pracy w Zielonym Liceum. Z grubsza mogę podzielić ten czas na trzy bardzo różne pod względem wspomnień okresy.
Jaki był pierwszy?
Pierwszy obejmuje moją pracę w charakterze nauczyciela, wychowawcy i instruktora harcerskiego, a więc pracę bezpośrednio z uczniami. Okres ten jest bogaty we wspólne obozy, biwaki, wycieczki, zimowiska. Nawet w stanie wojennym potrafiliśmy wyjechać w góry czy pod żagle na Mazury, wioząc ze sobą koleją wszystko: od proszku i mydła po chleb, konserwy, jajka itd.
Przypominam sobie, że zamiast kartkowych konserw otrzymaliśmy wtedy w przeddzień wyjazdu surowe, świeże mięso – mamy uczestników stanęły jednak na wysokości zadania, robiąc przetwory w wekach, które zabraliśmy na obóz. Atrakcją były zimowiska organizowane w szkołach we Wróblińcu, Czatkowicach czy Mirsku w Kotlinie Kłodzkiej.
Niezwykle miło wspominam wyprawy w Bieszczady, gdzie smażyliśmy placki na rozgrzanym w ognisku kamieniu, bo patelnia została porwana przez wiatr przy przejściu przez Bukowe Berdo. Na postoju każdy chciał, by to z jego plecaka zabrano konserwy do przygotowania posiłku, bo przecież wszystko, co było potrzebne, nieśliśmy na własnych plecach. Wraz z uczniami byliśmy stałymi gośćmi w schronisku Liczyrzepa w Karpaczu czy w urokliwych Bielicach w pobliżu Śnieżnika. Często wspominam wspólne biwaki w Nowym Zamku i czas spędzony na skrobaniu szkłem kadłubów żaglówek.
Latem organizowaliśmy obozy żeglarskie w Lginiu, Łebie, Powidzu czy na Mazurach, wędrówki po Karkonoszach, Beskidach, Bieszczadach i Tatrach. Okres pracy w charakterze nauczyciela fizyki to także wieczorne malowanie liter greckich i portretu Einsteina w gabinecie fizycznym, doświadczenia z silnikiem odrzutowym czy parowym, to wspólne z uczniami szukanie wyjaśnień zachodzących w przyrodzie zjawisk.
Kolejne wspomnienia łączą się pewnie z pracą na stanowisku dyrektora?
Tak. Drugi okres to praca na stanowisku dyrektora, gdy w nowej rzeczywistości w 1999 r. pierwszy raz oficjalnie w szkole obchodziliśmy Święto Niepodległości 11 listopada. Wraz z uczniami, wicedyrektorką i nauczycielami zainicjowaliśmy wiele przedsięwzięć, takich jak finały Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (inicjatywę Jurka Owsiaka wsparliśmy w Miliczu już od pierwszej edycji), nawiązanie współpracy z przedwojennymi absolwentami szkoły, a przez nich ze szkołami w Niemczech – Gimnazjum w Springe i Grundschule w Ganderkesee, organizacja festynów dla dzieci z okazji Dnia Dziecka – z których dochód przeznaczony był na Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci i Osób Niepełnosprawnych, stypendium im. Łucji Skibińskiej. Dzięki pomocy Uniwersytetu Wrocławskiego w naszej szkole powstała jedna z pierwszych na Dolnym Śląsku pracownia komputerowa oraz centrum edukacji ekologicznej.
Organizowaliśmy finały olimpiad geograficznych, wyjazdy na basen i narty, zainicjowaliśmy powstanie szkoły muzycznej. Organizowane każdego roku bale sylwestrowe zasilały budżet komitetu rodzicielskiego. W szkole działały koła sportowe, teatr, chór i niezależna gazeta. Wszystko dzięki zaangażowaniu nauczycieli i wspierającej mnie wicedyrektor Katarzyny Podfigurnej.
Jak wspomina Pan współpracę z gronem nauczycielskim?
Grono integrowało się na wyjazdowych radach pedagogicznych, wycieczkach i wspólnych spotkaniach przy grillu, organizowanych nawet pod kasztanami na boisku szkolnym. Tworzyliśmy wspaniały zespół i zawsze będę dumny, że z tymi ludzi przyszło mi pracować. Potem rozpoczął się jednak kolejny okres pracy w I LO, gdy przestał Pan być dyrektorem. Nie był to chyba łatwy czas dla Pana. Był to powrót do pracy dydaktycznej, samotna walka o godność, możliwość pozostania w szkole i przejścia na emeryturę w tej placówce oraz działalność związkowa, w której udało się po batalii sądowej odzyskać fundusz socjalny zabrany przez powiat, uporządkować sprawy pracownicze w szkołach – wypracowałem regulaminy, rozpoczęli działalność społeczni inspektorzy BHP, powstał Uniwersytet Trzeciego Wieku. Ale to już inna bajka.
Jeśli porówna Pan siebie i swoich kolegów z czasów licealnych do dzisiejszej młodzieży, to w jakim stopniu młodzież jest dzisiaj inna?
Wszystko się zmienia, ale młodzież zawsze jest tak samo głodna wiedzy, pełna entuzjazmu, ciekawa i dociekliwa, szukająca przygody i możliwości samorealizacji. Właśnie te cechy, charakterystyczne dla każdego młodego pokolenia, szkoła powinna wzmacniać i wykorzystywać.
Najtrudniejszy egzamin w pana życiu to…?
Ten egzamin jest dopiero przede mną. To pogodzenie się z przemijaniem, przygotowanie i aktywne przejście przez ostatni etap życia w zgodzie z naturą. Źródło: Publikacja Moje Zielone Liceum, rozmawiała Małgorzata Czapczyńska
Urodzony na Rzeszowszczyźnie, absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, pierwszą pracę podjął w Słupsku jako wykładowca przedmiotów ogólnokształcących w Podoficerskiej Szkole MO. W 1959 r. został zatrudniony w Liceum Ogólnokształcącym w Miliczu jako nauczyciel języka polskiego i propedeutyki filozofii.Funkcję wicedyrektora Zielonego Liceum pełnił w latach 1969-1982. Był bardzo wymagającym, ale niezwykle lubianym i cenionym nauczycielem.
Od roku 1982 Adam Najsarek pełnił funkcję pełnomocnika kuratorium do spraw budowania i uruchomienia Zbiorczej Szkoły Gminnej. Po ukończeniu budowy został jej dyrektorem i to stanowisko zajmował do roku 1991, w którym przeszedł na emeryturę. Oto, co opowiedział o sobie w wywiadzie z Beatą Iwaszkiewicz-Bugajską w 2012 roku.
Dlaczego będąc młodym nauczycielem, wybrał Pan jako miejsce pracy Milicz i tutejsze liceum?
O tym, że trafiłem do Milicza, zadecydował przypadek. Moja rodzina po II wojnie światowej osiedliła się w Strzelcach Opolskich na Górnym Śląsku. Po skończeniu studiów jako świeżo upieczony magister filologii polskiej podjąłem pracę nauczyciela w szkole w Słupsku, jednak po śmierci mojego taty chciałem zamieszkać bliżej mojej mamy. W tamtym czasie nie było żadnego problemu z pracą w szkolnictwie. Napisałem więc do wrocławskiego kuratorium z pytaniem, gdzie mogę od września 1959 r. objąć etat nauczyciela języka polskiego. I tak trafiłem do Liceum Ogólnokształcącego w Miliczu.
Jako młody nauczyciel traktowałem swoje nowe miejsce pracy jako jeden z przystanków na mojej drodze zawodowej. Jednak życie jest pełne niespodzianek. Poznałem tutaj moją miłość, żonę Martę Krajeńską, i to zadecydowało, że właśnie ziemia milicka stała się moim domem.
Razem z Panem w liceum rozpoczęło też pracę kilku innych młodych nauczycieli. Jak układała się współpraca z gronem pedagogicznym?
Oprócz mnie pracę w szkole rozpoczęli m.in.: Zygmunt Klanowski, Tadek Kiełbiński, Antoni Kulesza i Romek Brzuszek. Stanowiliśmy grupę młodej kadry pedagogicznej i byliśmy pierwszym rocznikiem czteroletnich jednolitych studiów magisterskich. Muszę przyznać, że nasze spotkanie z kadrą pedagogiczną było jak zderzenie starego pokolenia z pokoleniem młodych. Oczywiście nie mam tu na myśli wieku, lecz raczej chodzi mi o mentalność. Jako młodzi, wykształceni ludzie zupełnie inaczej widzieliśmy sprawy związane z dydaktyką. Zależało nam przede wszystkim na tym, aby uczniowie przyswajali wiedzę poprzez samodzielne myślenie i polemikę z danym tematem. Dlatego pewne „tarcia” obyczajowe czy ideologiczne między tzw. starym pokoleniem a nami były bardzo znaczące.
Był Pan wyjątkowym nauczycielem. Uczniowie z wielkim szacunkiem wspominają prowadzone przez Pana zajęcia.
Lubiłem zaskakiwać uczniów i cieszyłem się, gdy oni też potrafili zaskoczyć mnie pozytywnie. Nie działałem rutynowo i schematycznie. Rolę nauczyciela rozumiałem jako kompetentnego przewodnika po meandrach literatury i gramatyki, po świecie wartości i wiedzy. Ceniłem samodzielne poszukiwania i indywidualny rozwój, szanowałem prawa ucznia, wymagałem, ale przede wszystkim wspierałem. Dawałem prawo do pytań, błądzenia, bo to przywilej młodego wieku. Zajęcia prowadziłem metodą aktywizującą, pobudzając w ten sposób młodzież do logicznego i twórczego myślenia. Dbałem o przyjazną atmosferę, ale nie pozwalałem na nieumotywowaną, bezgraniczną swobodę.
Historycznym momentem w tamtym okresie był demontaż krzeseł w auli szkolnej…
O tak, od czegoś trzeba było zacząć! Chcieliśmy w auli szkolnej zorganizować wieczorek taneczny. Musi pani wiedzieć, że przeforsowanie takiego pomysłu nie było wcale łatwe. Jego realizacja wiązała się z demontażem poniemieckich, przykręconych do podłogi zestawów krzeseł. Udało się jednak. Krzesła zostały odkręcone i od tego czasu do auli szkolnej zawitały wieczorki taneczne i studniówki, organizowane wcześniej w salach na terenie miasta. W ten sposób zwiększyły się możliwości wykorzystywania auli.
Przy okazji zrodziła się też kolejna nietypowa inicjatywa, mianowicie w obecnej sali muzycznej, która wtedy służyła jako magazyn, założyliśmy dla uczniów pierwszy szkolny klub, który sami pomalowaliśmy i urządziliśmy. W klubie pojawił się telewizor, który chyba był jednym z pierwszych na terenie Milicza. Ponadto uczniowie mieli do dyspozycji prasę, szachy oraz pierwszy polski gramofon lampowy „Karolinka” z płytami. Funkcjonował też mały sklepik, w którym można było kupić ciastka czy oranżadę.
Warto dodać, że oficjalnie klub nosił nazwę sali audiowizualnej. Jako młodzi nauczyciele chcieliśmy odświeżyć klimat szkoły. Zaczęliśmy więc wprowadzać współzawodnictwo między klasami – w konkurencjach sportowych oraz różnych konkursach. To właśnie w klubie odbyły się pierwsze szkolne zawody szachowe. Po raz pierwszy też nauczyciele rywalizowali z uczniami w zawodach sportowych. Bezdyskusyjnym atutem I LO były sukcesy z drużyny piłki ręcznej, prowadzonej przez prof. Kaczmarka. Drużyna powstała w 1956 r., a już dwa lata później szczypiorniści awansowali do II ligi w kraju. Co ciekawe, początkowo był to 11-osobowy zespół, dopiero później skład drużyny stanowiło 7 osób.
W roku 1969 został Pan wicedyrektorem liceum. Jak wspomina Pan ten okres?
Jeśli się kocha pracę z młodzieżą, sprawia ona wiele przyjemności. Jednak jak w każdym zawodzie, tak i w tym istnieją blaski i cienie. Był to okres trudny i bardzo pracowity. W tymże czasie przy Zielonym Liceum powstało czteroletnie liceum dla pracujących, które później działało w systemie trzyletnim. Nauczyciele mieli więc nie tylko dodatkową pracę, ale też dodatkowe pieniądze. W tym samym czasie skończyłem zaoczne studia z filozofii, która bardzo mnie interesowała. W ramach programu Ministerstwa Oświaty zrobiłem też miesięczny kurs w Warszawie z nauczania propedeutyki filozofii i takiego przedmiotu, będąc wicedyrektorem szkoły, zacząłem uczyć. To był bardzo dobrze przemyślany przedmiot – zawierał elementy logiki, socjologii i filozofii. Gdy byłem wicedyrektorem, dużą satysfakcję sprawiła mi radiofonizacja szkoły. W tamtych czasach była to prawdziwa nowość, która urozmaiciła życie I LO. Dzięki radiowęzłowi do uczniów łatwo trafiały najświeższe informacje z życia szkoły.
Co się działo w szkole w czasie stanu wojennego?
Wiadomo oczywiście, że zajęcia w tamtym czasie zostały zawieszone. Nie było żadnych aresztowań czy represji. W szkole była po prostu przerwa, a nauczanie zostało wznowione w styczniu. Ciekawostką jest natomiast to, że w tym okresie w placówce zarządzeniem władz stanu wojennego w naszej wspomnianej wyżej sali audiowizualnej zakwaterowano pododdział rezerwistów Wojska Polskiego. Skutkiem stacjonowania w szkole tej grupy było niestety – mówiąc delikatnie – zubożenie naszej sali o niektóre rzeczy.
Jako pedagog obserwuje Pan uważnie młodzież. Czy dostrzega Pan różnice między dzisiejszą młodzieżą a jej rówieśnikami z lat ubiegłych?
Różnica ta jest gigantyczna. Natomiast na pewno nie będę wygłaszać jeremiady na temat tego, jaka to dzisiaj młodzież jest zdemoralizowana, niedobra czy nieprzewidywalna. Uważam, że zadziwiające niekiedy postawy naszej dzisiejszej młodzieży to efekt nadrabiania wieloletnich zapóźnień i zacofania cywilizacyjnego Polski. Tak to właśnie socjologicznie postrzegam – tak potoczyły się losy naszego kraju i społeczeństwa. Nie możemy zapominać też o tym, że wiodącą rolę w wychowaniu dzieci odgrywa środowisko rodzinne. Zgodzę się, że programy nauczania w szkole i niektóre rozwiązania są nieprzemyślane, a niekiedy – nie waham się tego ten sposób nazwać – kretyńskie. Takim kretyńskim pomysłem była niedawno jeszcze obowiązująca formuła matury z języka polskiego, polegająca na przygotowaniu przez uczenia 15-minutowej prezentacji na dowolny temat. Momentalnie rozwinął się „przemysł” internetowy i za pieniądze można było taką prezentację kupić.
Skoro już jesteśmy przy maturach… Dla każdego ucznia liceum egzamin dojrzałości to bez wątpienia najważniejsze wydarzenie. Jak wyglądał egzamin dojrzałości w tamtych latach?
Obowiązkowy był pisemny z języka polskiego i matematyki. Zdanie tych egzaminów przynajmniej na ocenę dostateczną było warunkiem dopuszczenia do egzaminów ustnych. Następnie zdawało się egzaminy ustne z matematyki, języka polskiego i dwóch przedmiotów dodatkowych. Co było najtrudniejsze – wszystkie egzaminy ustne zdawało się tego samego dnia. Uczeń losował trzy pytania i udzielał na nie odpowiedzi. Jeżeli nie zdał któregoś z egzaminów ustnych, mógł przystąpić ponownie do egzaminu maturalnego za rok. Co najważniejsze – uczeń, który nie zdał matury, nie otrzymywał także świadectwa ukończenia szkoły średniej. Takie wymogi obowiązywały do 1963 roku. W kolejnych latach te procedury stopniowo ulegały zmianie i nadal się zmieniają. Te zmiany, o których wspominałem już wcześniej, są niekiedy absurdalne.
Pracował Pan z wieloma uczniami. Czy jakiś rocznik, a może konkretny uczeń, utkwił Panu w pamięci?
Są tacy uczniowie, którzy wpisali się na zawsze w moją pamięć, ale są i tacy, których nie pamiętam, bo trudno spamiętać tyle twarzy i nazwisk. Szczególnie pamiętam dwa roczniki – maturzystów z 1965 i 1969 r., których byłem wychowawcą. Z niektórymi absolwentami szkoły do dzisiaj utrzymuję serdeczne kontakty, z innymi spotykam się podczas zjazdów absolwentów I LO. Dla mnie zaskakujące jest to, że do dziś wielu moich uczniów, już przecież dorosłych ludzi, kłania mi się na ulicy i jest to niewątpliwie bardzo miłe.
Dlaczego w 1982 roku opuścił Pan liceum?
Po prostu podjąłem kolejne wyzwanie, jakim było pełnienie funkcji pełnomocnika kuratorium ds. budowania i uruchomienia Zbiorczej Szkoły Gminnej, czyli dzisiejszej Szkoły Podstawowej nr 2 w Miliczu. Po ukończeniu budowy szkoły zostałem jej dyrektorem i to stanowisko zajmowałem do roku 1991, w którym przeszedłem na emeryturę.
Urodzony w 1933 r. – zmarł w 2017 r. Wieloletni nauczyciel j. rosyjskiego w I LO w Miliczu. Absolwent Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego, kierunek filologia rosyjska. Od 1958 roku nauczyciel Szkoły Podstawowej i Liceum Ogólnokształcącego w Miliczu. Działacz społeczny, sportowy i związkowy, kilka kadencji pełnił funkcję prezesa Oddziału ZNP w Miliczu. Przewodniczący Zarządu Sekcji Emerytów i Rencistów ZNP, były członek Zarządu Okręgu Dolnośląskiego we Wrocławiu.Oto, co opowiedział o sobie w wywiadzie z Krystianem Okoniem w 2012 r..
Jak trafił Pan na teren dzisiejszego powiatu milickiego?
Urodziłem się 27 listopada 1933 roku we wsi Dermanka, 8 kilometrów od miasta powiatowego Kostopol. Jest to w tej chwili północno-zachodnia część Ukrainy, województwo łuckie. Moi rodzice pochodzą z powiatu tarnobrzeskiego. Matka urodziła się w Zakrzowie, teraz jest to dzielnica Tarnobrzegu, natomiast mój ojciec troszkę dalej, w Alfredówce, miejscowości znajdującej się w kierunku na Dębe i Rozalin.
Posłano mnie do szkoły ukraińskiej, ponieważ polskiej akurat w okolicy nie było. Spędziłem tam około dwóch miesięcy. Bardzo słabo pamiętam te lekcje. Przypominam sobie, że zaczynały się od jakiejś modlitwy, odmawianej w języku ukraińskim, której dokładnie nie umiałem, bo byliśmy Polakami. Miejscowość Dermanka, w której się urodziłem, była wielonarodowościowa, mieszkali tam Polacy, Ukraińcy, Czesi, a także Niemcy.
W tamtym czasie przeżyłem rzeź ukraińską na Wołyniu. Kilkakrotnie nocowaliśmy u sąsiada – Niemca, ponieważ jego banderowcy by nie podejrzewali. W moim domu zbierały się rodziny, którym udzielaliśmy schronienia. Bywało i tak, że nocowało u nas wiele rodzin. W czerwcu 1943 roku Niemcy zabrali całą moją rodzinę: ojca, matkę, babcię, mnie i dwójkę mojego rodzeństwa do Równego i osadzili nas w koszarach wojskowych. Ile miał Pan wtedy lat? Miałem wówczas 10 lat, natomiast moja siostra miała 6, a brat zaledwie rok. Każdego dnia naszego pobytu w tych koszarach codziennie rano odbywał się apel. Wtedy to wybierano na wywóz do Niemiec tych, którzy zdaniem Niemców nadawali się do pracy. Następnie przerzucono nas do miejscowości Zdułbonów, do baraków przy cementowni. Stamtąd przeniesiono nas z powrotem do Równego, ale nie do dobrze znanych nam koszarów, lecz do budynku więziennego. Panowały tam straszne warunki.
W październiku wydano rozkaz, że wszyscy mają opuścić więzienie. Trafiliśmy wówczas do miejscowości Brody. Ojciec udał się do Polskiego Czerwonego Krzyża i dzięki temu wyrobiono nam od razu tzw. kenkarty, czyli dowody tożsamości. Już stamtąd na własną rękę pociągiem przez Lwów udaliśmy się do Tarnobrzegu. W 1945 roku ojciec wyjechał na zachód do Kobylina, stamtąd do Krotoszyna do Urzędu Repatriacyjnego i otrzymał gospodarkę w Wyganowie.
Kiedy podjął Pan decyzję, żeby związać swoje przyszłe życie z nauką i zostać nauczycielem?
Najpierw chciałem dostać się do szkoły oficerskiej. Był właśnie nabór dla młodzieży, która skończyła dziewiątą klasę. Nie było mi jednak dane dostać się do armii, ponieważ moja kandydatura została odrzucona. Powód? Był to okres, kiedy nasiliła się kolektywizacja majątków ziemskich, a że mój ojciec był indywidualnym rolnikiem, władzy to ideologicznie nie odpowiadało. Dokończyłem jeszcze dwa lata nauki w liceum i wtedy spróbowałem się dostać na rusycystykę. Języka rosyjskiego zacząłem uczyć się w liceum i postanowiłem iść na uniwersytet i poszerzać tę wiedzę. Bardzo chciałem studiować w Rosji, ale niestety to się nie udało. Proponowano mi inne kierunki, niezwiązane z pedagogiką, czyli budowę maszyn, budownictwo itd.
Nie uległ jednak Pan naciskom i nie dał za wygraną.
Tak, to prawda. Pozostałem przy swoim. Wydaje mi się, że to chyba przez sentyment do nauczycielki języka rosyjskiego, która nas uczyła, postanowiłem pójść na studia. Dostałem się na jedną z wrocławskich uczelni.
Kiedy rozpoczął Pan pracę w I Liceum Ogólnokształcącym w Miliczu?
Podczas pierwszego roku studiów pojechałem do Iwin niedaleko Bolesławca, gdzie poznałem swoją przyszłą żonę, repatriantkę z Francji. Żyję z nią już ponad 50 lat. Po skończeniu pierwszego roku studiów byłem już żonaty i kontynuowałem studia, które kończyłem w 1958 roku. To właśnie wtedy, 12 sierpnia urodził mi się pierworodny syn Krzysztof. Natomiast 16 sierpnia przyjechałem do Milicza, żeby podjąć pracę w szkole podstawowej i I LO. Zaledwie cztery dni po narodzinach syna jako świeżo upieczony tata zacząłem pracę jako nauczyciel.
Jak wspomina Pan tamten okres?
Bardzo miło. Do pracy przyjmował mnie dyrektor Witold Krzyworączka. Był bardzo serdeczny i niezwykle zadowolony, że pojawił się rusycysta, i to w dodatku mężczyzna. Przedtem pracowała tu kobieta, którą zastąpiłem. Zacząłem 16 sierpnia 1958 roku, pracowałem do 1990 roku, czyli 32 lata. W zasadzie to 34, ponieważ jeszcze przez dwa lata miałem w I LO kilka godzin zajęć. Na emeryturę przeszedłem w 1990 roku, czyli „wyzyskują” w tej chwili Państwo już 22 lata, będąc „stypendystą” ZUS-u.
Uczył Pan języka rosyjskiego, który był z góry narzuconym przedmiotem. Czy uczniowie przyjmowali to z pokorą i czy przedmiot ten cieszył się wśród nich dużym zainteresowaniem?
Ma Pan rację, wówczas język rosyjski był obowiązkowy, natomiast inne języki zachodnie były do wyboru. Polityka miała bardzo duży wpływ na to, czego uczono w szkole. Z uczniami było naprawdę różnie, ale uczyli się wszyscy, żeby przynajmniej tę trójkę dostać. Nie można było mówić o jakimkolwiek buncie. Po prostu było widać, że niektórzy niechętnie się uczyli, czego pewnie w dorosłym życiu żałują. Najczęściej bywa tak, że do pewnych spraw trzeba dojrzeć. Przy różnych okazjach spotykam się z wieloma ludźmi, którzy dziękują mi, że uczyłem ich języka rosyjskiego, bo w tej chwili wykorzystują go w swojej pracy zawodowej.
Czy jakiś uczeń z tamtego okresu zapadł Panu szczególnie w pamięć?
Spod moich rąk wyszło sześcioro studentów, którzy także studiowali rusycystykę bądź też mieli szansę studiować w Związku Radzieckim, np. w Charkowie. Pamiętam dobrze pana Wiesława Ciesielskiego, który swego czasu był wiceministrem finansów. Studiował w Moskwie ekonomię. Był on wychowankiem z klasy, którą prowadziłem. Ciesielski był najlepszym uczniem z rocznika 1972. Ta klasa w dalszym ciągu utrzymuje kontakty ze sobą.
Nie zajmował się Pan wyłącznie nauczaniem języka rosyjskiego…
Będąc nauczycielem j. rosyjskiego w I Liceum Ogólnokształcącym w Miliczu, działałem jednocześnie na rzecz różnych organizacji i instytucji. Wspomnę jedynie o kilku. W okresie od 1972 do 1975 roku w Zarządzie Powiatowym Szkolnego Związku Sportowego pełniłem funkcję sekretarza i byłem odpowiedzialny za całokształt spraw związanych z rozwojem sportu szkolnego. Ponadto organizowałem rozgrywki oraz imprezy sportowe na terenie ówczesnego powiatu milickiego. Od 1 czerwca 1979 roku byłem członkiem Zarządu Oddziału PTTK „Barycz” w Miliczu, a od 6 maja 1981 r. przewodnikiem turystyki pieszej. W 1977 r. dyrektor I LO w Miliczu powołał mnie do pełnienia funkcji komendanta szczepu ZHP. W latach 1982–1985 byłem członkiem komisji dyscyplinarnej przy wojewodzie wrocławskim, a nawet przez wiele lat sędziowałem rozgrywki piłkarskie na terenie powiatu w klasie „C”.
W 1958 r. wstąpiłem do Związku Nauczycielstwa Polskiego, do którego należę do dziś. Pełniłem tam szereg funkcji, a od 2010 r. jestem członkiem Okręgowej Komisji Rewizyjnej ZNP. Będąc członkiem Głównej Komisji Rewizyjnej, miałem możliwość zorganizowania i wyposażenia klubu. Byłem także radnym dwóch kadencji w gminie Milicz.
Czy oprócz tego znajdywał Pan czas na jakieś szczególne zainteresowania? Od prawie samego początku pracy w Miliczu interesuję się wędkarstwem, ogrodnictwem oraz brydżem. Mamy w Miliczu bardzo silną grupę brydżystów. Gram w lidze okręgowej, od 2005 roku jestem członkiem Brydżowego Klubu Sportowego „Miles” w Miliczu, a od 1986 r. organizuję cotygodniowe turnieje brydża sportowego. Przy okazji gram w bilard i organizuję rozgrywki dla chętnych.
24 stycznia 1987 r o godz. 20.00 rozpoczęła się kolejna studniówka w murach Zielonego Liceum. Przyszli maturzyści zatańczyli Poloneza Warszawskiego, a mowę powitalną ze strony nauczycieli wygłosił Mieczysław Tomaszewski. Tradycyjna zabawa przeplatana była występami uczniów klas czwartych.
W 2012 roku zmarł niezwykle ceniony przez wielu absolwentów Tadeusz Pasierb, wieloletni nauczyciel fizyki.
Oto jak wspominał go Wilchelm Maniów (matura 1959): „Czy przypominacie sobie zajęcia z Tadeuszem Pasierbem, który z sardonicznym uśmiechem i diabolicznym błyskiem w oku wyjaśniał istotę fali świetlnej i jej dziwnego zachowania się w różnych środowiskach? I dlaczego ma dwoistą naturę? A pamiętacie, że zrobił to w bardzo oszczędnych zdaniach, bardzo precyzyjnie, z logicznym następstwem kolejnego zdania nad poprzednim? To właśnie logika mówiła, a on ją tylko werbalizował. To przed logiką, a nie przed Tadeuszem Pasierbem, był strach powszechny. To było chowanie do szufladki z napisem >>Do niezrozumienia<< pojęć prostych, fundamentalnie prostych. Profesor skomplikowane tyrady kwitował jednym celnym zdaniem, wprowadzając w osłupienie adwersarza. Osobiście zawdzięczam mu bardzo wiele i dziękuję Losowi, że dał mi okazję słuchać jego wykładów…” A tak wspominał Tadeusza Pasierba Marian Kowalski (matura 1955): „Nie lubił grzać miejsca za stołem, chciał być z fizycznymi problemami jak najbliżej nas. Był mężczyzną wysokim, przystojnym, o ciepłym spojrzeniu dużych oczu; zdawał się nimi widzieć więcej, niż sądziliśmy. Trudno było wyprowadzić go z równowagi, nawet moją indolencją podczas fizycznych eksperymentów. Jego pełne ciepła oczy dostrzegały we mnie coś, co pozwalało mu tolerować moje ograniczone zainteresowanie jego przedmiotem. Podziękowałem mu za to osobiście podczas jednego ze spotkań w Miliczu…”
Od 1995 roku I LO prowadzi wymianę uczniowską z Otto Hahn Gimnasium w Springe, w ramach której organizowany jest tygodniowy wyjazd do Niemiec, połączony z praktyczną nauką języka niemieckiego i ze zwiedzaniem. Uczniowie goszczą też u siebie kolegów z Niemiec w ramach rewizyty.
W ciągu 25 lat trwania projektu uczestniczyło w nim kilkuset uczniów, którzy dzięki współpracy mogli poznać ciekawe miejsca w Springe, oraz zwiedzić wiele niemieckich miast znajdujących się na trasie przejazdu. Zawiązały się polsko-niemieckie przyjaźnie, dzięki czemu można mówić o współpracy pokoleń – potomków dawnych niemieckich uczniów Zielonego Liceum i innych mieszkańców Springe z uczniami milickiego liceum.
Uczniowie I LO w dniach 25-27.10.2019 r. uczestniczyli w kolejnym etapie międzynarodowego projektu Grenzgeschichten – Historia granic. Spotkanie młodzieży z Milicza, Sycowa i Wurzen miało na celu przypomnienie wspólnej historii, pokonanie barier i stereotypów.
Uczniowie uporządkowali groby na dawny cmentarzu ewangelickim w Grabownicy. Sporządzona została również dokładna dokumentacja nagrobków oraz liczne fotografie przedstawiające dzisiejszy stan cmentarza ewangelickiego w Praczach. Uczniowie spotkali się również z mieszkanką Pracz pochodzącą z Niemiec Bettiną Harnischweger i posłuchali opowieści o losach rodzin niemieckich przesiedlonych po II wojnie światowej.
Młodzież wraz z opiekunami dokonała analizy i oceny projektu. Wszyscy uczestnicy chcieliby, aby projekt był kontynuowany, więc planowana jest dalsza współpraca.
I LO im. Armii Krajowej w Miliczu, uczestniczy w projektach AIESEC od 2000 roku. Zatem śmiało możemy powiedzieć, że jest to wieloletnia tradycja naszej szkoły. Razem z międzynarodowym zespołem wolontariuszy uczniowie naszej szkoły od lat realizują projekty edukacyjne.
AIESEC to największa na świecie organizacja prowadzona przez młodych ludzi, która od 1948 roku realizuje misję: Pokój i pełne wykorzystanie ludzkiego potencjału. W Polsce AIESEC istnieje od 1971 roku i obecnie działa przy 15 ośrodkach akademickich. Studenci – wolontariusze z różnych krajów odwiedzają szkoły w całej Polsce.
AIESEC jest organizacją globalną, apolityczną, niezależną, nie działającą dla zysku. Członkowie tej organizacji to studenci, którzy interesują się problemami otaczającego nas świata, nie dyskryminują nikogo ze względu na rasę, kolor skóry, płeć, wyznanie, religię, etniczne czy społeczne pochodzenie. AIESEC organizuje projekty skierowane do młodzieży w Polsce i na całym świecie, polegające na sprowadzaniu do szkół wolontariuszy różnych narodowości, którzy prowadzą w języku angielskim zajęcia rozwojowe. Udział w projektach daje możliwość nawiązania nowych, ciekawych znajomości z obcokrajowcami, ułatwia uczestnikom pokonywanie barier językowych i psychologicznych, a także umożliwia sprawdzenie i poszerzenie umiejętności językowych poprzez udział w zajęciach edukacyjnych, wspólnych zabawach, rozmowach oraz integrację uczestników w czasie wolnym.
Udział w projektach międzynarodowej organizacji studenckiej AIESEC stał się już szkolną tradycją I LO. Wolontariusze z AIESEC po raz pierwszy przyjechali do naszego liceum w kwietniu 2002 roku. Wówczas był to jednodniowy pobyt trójki młodych ludzi z trzech różnych stron świata: Ukrainy, Stanów Zjednoczonych i Wybrzeża Kości Słoniowej. Studenci spotkali się wtedy z większością klas na zajęciach lekcyjnych, które przeprowadzali według własnego programu.
Drugi projekt, już tygodniowy, miał miejsce w roku 2004. Gościliśmy wtedy troje studentów z Chin, Ukrainy i Stanów Zjednoczonych. Pierwsze dwa projekty organizowane były za pośrednictwem Międzynarodowego Stowarzyszenia AIESEC przy Szkole Głównej Handlowej w Warszawie pod Patronatem Honorowym Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju w Polsce oraz ówczesnego Ministra Edukacji Narodowej i Sportu.
Od roku 2006 do chwili obecnej projekty organizujemy w naszej szkole raz lub dwa razy w roku, współpracując z AIESEC Polska KL Politechnika Wrocławska. Na przestrzeni tego czasu naszą szkołę odwiedzili już studenci z takich krajów jak Indie, Pakistan, Tajlandia, Indonezja, Wietnam, Korea Południowa, Japonia, Brazylia, Węgry, Gruzja, Holandia, Egipt, Turcja, Iran, Kenia, Nepal, wcześniej wspomniana Ukraina, Chiny, Wybrzeże Kości Słoniowej oraz Stany Zjednoczone.
Szkoła zapewnia wolontariuszom zakwaterowanie z wyżywieniem, najczęściej u rodzin goszczących lub w bursie, stwarzamy w szkole odpowiednie warunki pracy, zapewniamy przyjazną atmosferę, pomoc studentom w aklimatyzacji. Zajęcia prowadzone przez wolontariuszy są lekcjami interaktywnymi, odbywającymi się w luźnej i przyjaznej atmosferze. Podczas zajęć studenci przedstawiają swoje ojczyzny, prezentują muzykę, stroje, tańce, potrawy, opowiadają o sobie, o tradycjach i kulturze swojego kraju. Staramy się, aby również ze swojej strony, nasi uczniowie przybliżali wolontariuszom te same aspekty życia w naszym regionie i kraju. Licealiści angażują się także w organizację czasu wolnego po lekcjach. Dzięki społeczności szkolnej młodzi ludzie z różnych stron świata mogą poznać gościnność i zwyczaje mieszkańców Doliny Baryczy, brać udział w zajęciach sportowych, wieczorkach towarzyskich, mogą zwiedzać i podziwiać piękno miejscowych zabytków i rezerwatu przyrody. W taki sposób młodzież z całego świata poznaje nasz kraj, nasz region oraz ich walory. Na pożegnanie każdy wolontariusz otrzymuje pamiątki z Milicza i I LO.
Udział w projektach AIESEC przynosi wiele korzyści dla całej naszej społeczności szkolnej. W zajęciach i spotkaniach z wolontariuszami uczestniczą wszyscy uczniowie I LO im. Armii Krajowej oraz uczniowie Społecznego Gimnazjum Ad Astra w Miliczu. Wspólne zajęcia przynoszą obustronne korzyści – pozwalają rozwijać się i uczyć zarówno uczniom jak i samym wolontariuszom. Każdy pobyt wolontariuszy AIESEC w naszej szkole wnosi wiele radości i entuzjazmu w codzienną pracę szkoły, podnosi wśród uczniów motywację do nauki oraz zwiększa atrakcyjność zajęć z zakresu nauczania języka angielskiego w szkole, zapewniając „żywy” kontakt z językiem. Udział w projektach AIESEC jest jednym z elementów naszej placówki, który kreuje dobry wizerunek szkoły w środowisku lokalnym.